18.5 C
Starachowice
środa, 8/07/2020
Strona główna Aktualności Rejs trwał tylko 20 sekund

Rejs trwał tylko 20 sekund

Kierujący motorówką ratownik wodny z Kielc usłyszał w Sądzie Rejonowym w Starachowicach wyrok uniewinniający. Prokurator nie zdołał dowieść, że to on odpowiada za wypadnięcie do wody jednego z pasażerów, który w wyniku poranienia przez napęd łodzi cierpi dziś na niedowład ręki. Na korzyść oskarżonego zadziałał m.in. bardzo krótki czas feralnego rejsu. Świadkowie mieli problemy z odtworzeniem zdarzeń, które rozegrały się w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund.

Chodzi o zdarzenie z lipca 2010 roku. Tego dnia na miejskim zalewie Lubianka odbyły się szkolenia ratowników prowadzone przez instruktora kieleckiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Po zakończeniu zajęć, prowadzący zabrał kilku kursantów na przejażdżkę po zalewie. W trakcie rejsu doszło do nieszczęścia: z motorówki wypadł 37 – letni starachowiczanin. Łódź przepłynęła po nim i dotkliwie poraniła śrubą napędową. Wypadek miał poważne skutki, mężczyzna został inwalidą z niesprawną ręką. Ponieważ motorówka należała do wyposażenia Miejskiego Centrum Rekreacji i Wypoczynku w Starachowicach, tuż po wypadku pojawiło się pytanie o odpowiedzialność gminy. Przypomnijmy, że ówcześni radni miejscy PiS domagali się od prezydenta wyciągnięcia surowych konsekwencji wobec pracowników MCRiW. Głosy te ucichły w momencie, gdy sprawa trafiła na sądową wokandę z aktem oskarżenia przeciwko tylko sternikowi łodzi. Prokurator postawił mu zarzuty związane z niewłaściwym prowadzeniem łodzi i odpowiedzialnością za załogę motorówki. Chodziło o to, że zabrał poszkodowanego na łódź, choć ten był pod wpływem alkoholu. Ponadto dopuścił, by zajął miejsce grożące wypadkiem i tolerował jego niebezpieczne zachowanie w czasie rejsu. Zaniechał też „czynności związanych z bezpieczeństwem żeglowania”. Z tego tytułu oskarżyciel żądał dla niego 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata, grzywny i rocznego zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych.

W czasie ogłaszania wyroku na rozprawie 24 stycznia br. sędzia odniósł się po kolei do każdego z zarzutów.

– Po pierwsze: nie jest takie oczywiste, że pasażer powinien być osobą trzeźwą. Nie ma bowiem nigdzie takiego przepisu. Ponadto poszkodowany zeznał, że wypił jedno, może dwa piwa, na kilka godzin przed rejsem. Więc w chwili nieszczęśliwego zdarzenia mógł już nie mieć alkoholu w organizmie. Według jednego ze świadków, choć to też ocena względna, zachowywał się dziwnie tylko w czasie zajęć. Co do sposobu prowadzenia łodzi, to dwóch powołanych w tej sprawie biegłych zaopiniowało jednoznacznie, że manewry oskarżonego były prawidłowe, a prędkość 30 km na godzinę, przyjęta orientacyjnie, nie była nadmierna. Nawet zakładając, że poszkodowany wypadł w czasie skrętu łodzi, nie można takiego sposobu kierowania podnosić jako zarzut. Wynikałoby bowiem z tego, że łodzią można płynąć tylko prosto – argumentował sędzia.

Kolejna okoliczność przemawiająca na korzyść oskarżonego, to bardzo krótki czas, w którym doszło do wypadku. Biorąc pod uwagę wielkość Lubianki cały rejs trwał przypuszczalnie około 20 sekund. Sędzia podkreślił, że jego uczestnicy mieli kłopoty z precyzyjnym odtworzeniem zdarzeń, do których doszło w tak krótkim czasie. Nie obserwowali się uważnie, bo nie mieli pojęcia, że w czasie zwykłej relaksacyjnej przejażdżki dojdzie do nieszczęścia.

– Mieli, że tak powiem, pełne prawo myśleć o niebieskich migdałach. Świadkowie są zgodni, że pokrzywdzony nie wyczyniał na łodzi żadnych rzeczy, na które powinno mu się zwrócić uwagę. Samego momentu wypadku żaden z nich nie widział. Pokrzywdzony mógł na chwilę wstać i wtedy wypadł z łodzi. To był ułamek sekundy. Takiemu zdarzeniu nie sposób zapobiec – mówił sędzia, stanowczo wykluczając tylko jedno domniemanie, że starachowiczanin sam wyskoczył do wody.

Oczywistych dowodów nie było też w odniesieniu do kluczowej tezy oskarżenia: zgody sternika na to, by pokrzywdzony zajął niebezpieczne miejsce na motorówce. Nie udało się bowiem jednoznacznie ustalić, gdzie mężczyzna przebywał w czasie rejsu. Wiadomo, że nie zachowywał się irracjonalnie, czyli nie stał, gdy łódź płynęła. Wszyscy pasażerowie potwierdzili, że siedział. Odpowiedź na najważniejsze pytanie „gdzie?” okazała się niemożliwa. Relacje świadków były rozbieżne, wskazywały na dwa punkty: specjalne siedzisko lub burta. Natomiast biegli mogli przedstawić tylko hipotezy.

– Gdyby to było siedzisko, to jest to najbezpieczniejsze miejsce na łodzi. Gdyby poszkodowany siedział na burcie, to zdaniem jednego z biegłych, oskarżony ponosiłby winę. Drugi z biegłych twierdził, że niezależnie od tego, którą wersję dotyczącą miejsca przyjmiemy, oskarżony nie musiał cały czas patrzeć, co robi poszkodowany, bo był zajęty przede wszystkim sterowaniem łodzią. Nawet gdyby założyć, że poszkodowany w pewnej chwili się przemieścił, bo było mu np. niewygodnie, to nie ma w tym winy oskarżonego. Nie chodziło o wycieczkę dzieci, które trzeba pilnować, tylko o doświadczonych wodniaków – zaznaczył sędzia i dodał:

– Nie da się jednoznacznie ustalić, co tak naprawdę działo się na łodzi w czasie tych 20 sekund i co się stało bezpośrednio przed wypadkiem. Z braku dostatecznych dowodów musi zapaść wyrok uniewinniający. Pozostaje kwestia nietrzeźwości samego oskarżonego i jego zbiegnięcia z miejsca zdarzenia. Nie ma dowodów, że był pijany w chwili wypadku, dlatego prokurator go o to nie oskarżył. Zbiegnięcie z miejsca wypadku stanowi okoliczność obciążającą tylko wtedy, gdy dotyczy bezpośredniego sprawcy. Niewątpliwie oskarżony powinien poczekać na przyjazd policji. Jednak z drugiej strony to on udzielił poszkodowanemu pomocy, a nawet uratował mu życie skacząc za nim do wody – podsumował sędzia.

Uniewinniony sternik nie może jeszcze mówić o pełnej satysfakcji, bo wyrok jest oczywiście nieprawomocny. Starachowiczanin może wnieść apelację. Czy z niej skorzysta, nie było okazji zapytać, bo nikt z jego strony nie zjawił się na rozprawie.

Koronawirus