24.5 C
Starachowice
środa, 23/09/2020
Strona główna W numerze Na innych łamach

Na innych łamach

„Polityka” nr 27
„Ile złotych za Euro” próbował oszacować Adam Grzeszak. Liczono co prawda na więcej, ale w sumie nie było tak źle.
Na pewno Polska sprawdziła się jako organizator dużych imprez. O dziwo, nie zawiodły koleje. 73 proc. kibiców dobrze oceniło ich funkcjonowanie. Nie dość że przygotowano dodatkowe składy, to jeszcze przewożono kibiców z centrów miast na stadiony. Aż przy trzech nowo zbudowanych stadionach znajdują się stacje. „Gdy w Warszawie 12 czerwca z powodu burd przed meczem Polska – Rosja wcześniej zamknięto główną linię tramwajową do stadionu, to właśnie pociągi przeżyły prawdziwe oblężenie”. Sprawdziły się lotniska. Na Okęciu przed półfinałem Polska – Rosja wylądowało ponad 80 prywatnych samolotów bogatych kibiców. Nie narzekały browary. Nastąpił wzrost sprzedaży piwa. Zwłaszcza Warki, sponsora polskiej reprezentacji. Ale i Carlsberg jest zadowolony. Kto wie, czy po Euro 2012 sprzedaż piwa w Polsce nie wzrośnie o 1-2 proc, czyli o 360 – 720 hektolitrów? Jedynie polscy ekonomiści są podzieleni w ocenie Euro. Dr Jakub Borowski prosi, by napisać, że dzięki piłkarskiej imprezie możemy się spodziewać do końca dekady skumulowanego wzrostu PKB o 2 proc. w stosunku do 2009 r. Innego zdania jest prof. Leszek Balcerowicz. Nie umniejsza pozytywów, zwłaszcza w dziedzinie budowy dróg, lecz martwi go przyszłość budowanych na piłkarskie mistrzostwa stadionów. Podejrzewa, że trzeba będzie do nich dokładać. Z kolei dr Małgorzata Starczewska – Krzysztoszek widzi przed stadionami przyszłość. Jest przekonana, że tak nowoczesne i wielofunkcyjne obiekty z czasem na siebie zarobią. Niekwestionowanym jednak zwrotem ze sportowej inwestycji powinien okazać się zgromadzony kapitał, który należy wykorzystać przyciągając do Polski nie tylko turystów, ale i biznes zainteresowany inwestycjami. Byłby to tzw. efekt barceloński, bo odnotowany przez Hiszpanię po igrzyskach olimpijskich w Barcelonie.
Podczas Euro 2012 odżyły centra wielkich miast – zauważył Piotr Sarzyński. To tu właśnie spotykali się mieszkańcy i przyjezdni kibice, by wspólnie oglądać mecze i świętować. Pusty na co dzień Plac Defilad w Warszawie zamienił się w pulsującą strefę kibica. Ale i w małych miejscowościach lokalne rynki podczas transmisji sportowych zachęcały wystrojem do oglądania razem meczów i dyskutowania o grze drużyn.
Działo się tak, niestety, przez chwilę, gdyż ostatnimi czasy „puls polskich miast przestał bić na starówkach, rynkach i w innych uświęconych tradycją miejscach, a zaczął wręcz łomotać /…/ w handlowych galeriach”. Te uciekają z obrzeży właśnie do centrów. I kuszą. Nie tylko zakupami i kawiarniami, ale również … kaplicami. Place przed nimi udają nawet miejskie ryneczki. Z pozoru, gdyż to teren pod pełną kontrolą i na przykład nikt grający na gitarze ot, tak sobie tam nie stanie. Trudno jednak konkurować z tą sformatowaną przestrzenią. Śródmiejskie tereny oddały pole walkowerem oddziałom banków i telefonii komórkowych, między którymi trafiają się delikatesy albo apteki. Tu i ówdzie próbuje się rewitalizować stare centra miast i miasteczek. Tyle że nieudolnie. Wszyscy bowiem korzystają z tego samego patentu. A w nim wszechobecna kostka Bauma, rachityczna zieleń, żeby w żadnym razie nie zadomowiły się w niej ptaki, żołnierska architektura z ławeczkami, latarniami i koszami na śmieci oraz mocno spowszedniała fontanna. I choć fachowcy od rewitalizacji podpowiadają, jak się do niej zabrać, w Polsce robi się wszystko na odwrót. Może i nie widać samochodów, bo polikwidowano parkingi, ale nie ma najważniejszego – klimatu! „W Radomiu galerie kompletnie dobiły wcześniej reprezentacyjną ulicę Żeromskiego, a teraz dobijają się nawzajem” – odnotowuje autor. Co ciekawe, najwięcej galerii handlowych stawia się w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców. „A niemal każda taka inwestycja to ostateczny wyrok śmierci na ryneczki, starówki i zabytkowe uliczki /…/. Może należałoby jak najszybciej historyczne śródmieścia pozamieniać w muzealne skanseny lub w permanentne strefy kibica – byłby z nich przynajmniej jakiś pożytek” – konkluduje w zakończeniu publikacji.
„Przegląd” nr 23
Setki tysięcy Greków, Hiszpanów i Portugalczyków podążają do „RFN – ZIEMI OBIECANEJ”. Jadą tam w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Krzysztof Kęciek pisze, że niemieccy przedsiębiorcy z zadowolenia zacierają ręce. Liczą zwłaszcza na wsparcie zagranicznych informatyków, inżynierów, lekarzy, pielęgniarzy i opiekunek seniorów.
Społeczeństwo niemieckie się starzeje. A że bilans ruchów migracyjnych nie jest niekorzystny dla kraju, Niemcy nie widzą nic złego w przyjmowaniu u siebie specjalistów. W 2011 roku imigracja do Niemiec była największa od 15 lat. Przyjechało 958 tys.osób, w tym aż 163,4 tys. Polaków, o 42 proc. więcej niż rok wcześniej. „Za granicą Niemcy są jednak ostro potępiane, ponieważ jako jedyne korzystają z ekonomicznej niepogody na kontynencie. Forsują politykę zrównoważonego budżetu i oszczędności, co tylko zaostrza kryzys, zwłaszcza w krajach Południa. Eksport Niemiec bije kolejne rekordy, nowoczesne niemieckie firmy niszczą często przestarzałą zagraniczną konkurencję. Na domiar złego kraj ten ściąga z Europy najbardziej dynamicznych i wykształconych pracowników” .
Na świecie znów kwitnie nielegalny handel nerkami – alarmuje Jan Piaseczny w „Nerce z czarnego rynku”. Rocznie dochodzi do 10 tys. nielegalnych transplantacji.
Mafie organowe najczęściej handlują nerkami. Są technicznie łatwe do pobrania. W niskich temperaturach można je przewozić do 48 godzin. Dawca pozostający pod kontrolą lekarską żyje z jedną nerką bez komplikacji. Zaburzenia pracy nerek powodują nadciśnienie, cukrzycę, choroby serca, toteż popyt na nie stale wzrasta. W Europie na przeszczep nerki czeka 40 tys. pacjentów. Ponieważ w Unii Europejskiej i USA handel organami ludzkimi jest zakazany, coraz intensywniejsza staje się turystyka transplantacyjna. „Tysiące zamożnych pacjentów z Europy Zachodniej, USA, państw arabskich, Japonii i Izraela przyjeżdżają każdego roku do Chin, Indii i Pakistanu, aby kupić nerkę, serce lub płuco. Robią to tym chętniej, że nerka od żywego dawcy funkcjonuje lepiej niż pobrana pośmiertnie”. Transplantacja kosztuje 200 tys. euro. Z tego dla dawcy zostaje w najlepszym razie kilkaset euro. Mimo to chętnych dawców nie brakuje. Żeby wyżywić rodziny, wegetujący w niewyobrażalnej nędzy są gotowi na wiele. W Teheranie napotkać można nawet kartki na słupach z ogłoszeniami o chęci sprzedaży nerki. Handlarze organami działają nie tylko w Azji. W Europie szczególnie aktywni są w Rumunii i Mołdawii. Z Egiptu i Mozambiku z kolei napływają informacje o porwanych i zabitych dzieciach w celu zdobycia organów. Już sto państw podpisało deklarację potępiającą handel organami ludzkimi, jak podaje WHO. Rzeczywistość jest jednak taka, że w 2010 r. w 95 krajach przeprowadzono 106.879 transplantacji, legalnych i nielegalnych, które jednak zaspokoiły zaledwie 10 proc. zapotrzebowania na przeszczepy.
„Wprost” nr 23
Piotr Najsztub w wywiadzie „Taniec idiotyzmu z groteską” rozmawia z Włodzimierzem Cimoszewiczem, jedynym polskim premierem, który powiedział powodzianom, że trzeba się ubezpieczać. Dziś obawia się, że władza ze względu na brak wizji, determinacji pcha Polskę po piaszczystej drodze.
Donald Tusk, według niego, w 80 proc. rządzi jednoosobowo. „I nie wiem, czy on do końca sobie uświadamia sytuację globalną, co się dzieje w świecie i co stoi w horyzoncie kilkunastu lat przed światem, przed Europą, przed Polską. Kiedy parę lat temu rozmawialiśmy ze sobą trochę więcej/…/ sugerowałem mu, żeby raz na dwa, trzy miesiące zechciał się spotkać z niewielką, kilkuosobową grupą ludzi i porozmawiał o sprawach współczesnego świata, o tym, co dzieje się w globalnej gospodarce, układzie sił na świecie, bezpieczeństwie narodowym. Żeby niekoniecznie premier rozmawiał tylko o najbliższym posiedzeniu Rady Europejskiej czy szczycie NATO. Są sprawy w większym wymiarze i trzeba je lepiej widzieć. Premier na te propozycje nie zareagował, więc po prostu nie wiem, jaki jest poziom jego świadomości. A ja widzę przed całym światem wysokorozwiniętym, tradycyjnymi potęgami ekonomicznymi, Europą i Stanami Zjednoczonymi, bardzo poważne problemy. Szczególnie przed Europą, ze względu na nasz niższy poziom innowacyjności, demografię. Jest rzeczą ciekawą, że 90 proc. ludzi przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych ma wykształcenie. A 90 proc. imigrujących do Europy jest bez wykształcenia. Jestem przekonany, że Europa stoi wobec ogromnego ryzyka, że nie tylko będzie malał jej wpływ na losy świata, ale i jej udział w międzynarodowym podziale pracy. To może doprowadzić do sytuacji, w której będziemy mieli marginalnie mało do powiedzenia w sprawach światowych i będziemy też relatywnie biedniejsi, a warunki życia będą się w Europie pogarszały w porównaniu z innymi. I dyskusji mi o tym brakuje” – mówi W. Cimoszewicz.
„Przekrój” nr 22
Czym różnimy się w wychowywaniu dzieci, wyjaśnia psycholożka Justyna Dąbrowska w rozmowie „Liczy się empatia”. Udowadnia Klementynie Suchanow, że u nas dawanie jedzenia jest związane z dawaniem miłości, a jeśli dziecko nie chce jeść, uważa się, że coś mu zagraża.
Nadal pokutuje przekonanie, że jak malec jest pulchny, to znaczy, że zdrowy. „Wiążę to z traumą wojenną, którą przeżyły nasze babcie i prababcie. To nadal jest obecne. Zawsze zastanawiam się, dlaczego młode dziewczyny tak się przejmują jedzeniem. Dlaczego nie zaufają dziecku, że ono się nie zagłodzi? Druga rzecz to kwestie separacyjne, kiedy i ile samodzielności dajemy dzieciom. Mamy problem ze znalezieniem dobrej granicy. Czy dziecko ma być nieustająco blisko, czy dać mu autonomię? Może wypływa to z faktu, że dzisiejsze rodziny są bardzo zatomizowane, często są to dwie, trzy osoby. /../ W społeczeństwach plemiennych kobieta spędza z dzieckiem 40 – 50 proc. czasu, bo zajmują się nim ciotki, starsze rodzeństwo, dziadkowie. Gdy porównuję to z Holandią, gdzie wiele kobiet pracuje na część etatu i gdzie jest doskonała sieć żłobków, to widzę, jak inna jest emocjonalna sytuacja matki tu i tam”.
„Forum” nr 22/23
„Polska jest prima!” – tak widzą nas Niemcy w „Der Spiegel”. Niezależnie od Euro 2012 pod względem wskaźników wzrostu w minionej dekadzie osiągnęliśmy mistrzostwo.
„W Warszawie, Gdańsku, Wrocławiu, Krakowie coraz częściej słychać głosy, że „znowu jesteśmy kimś i trzeba się z nami liczyć” /…/. Niewiele jest na świecie takich sukcesów, jak w Polsce po upadku komunizmu. O wyjątkowości owego cudu nad Wisłą można się przekonać zwłaszcza, gdy sytuację w Polsce porówna się z innymi państwami z byłego bloku wschodniego /…/. Polska rozwija się nieprzerwanie od ponad 20 lat. Koniunktura nie przystopowała nawet w okresie, gdy pozostałe kraje europejskie dotknął kryzys. Kto obecnie przejeżdża przez Polskę, dostrzeże zmiany niemal na każdym kroku. Zacofany, do niedawna rolniczy kraj, to dziś wielki plac budowy /…/. W Brukseli politycy znad Wisły do niedawna byli uważani za nacjonalistycznych awanturników, którzy próbują udowodnić swą wyższość, wysuwając absurdalne żądania. Odkąd jednak w 2007 r. władzę w kraju objął liberalno- konserwatywny Donald Tusk wraz z ministrem Radosławem Sikorskim, w szczególności zaś odkąd – jako pierwszy premier po 1989 r. – zapewnił sobie reelekcję w demokratycznych wyborach, Warszawa uchodzi za wzór godny naśladowania. /…/ Jak pokazują sondaże, ponad 80 proc. respondentów jest przekonanych, że ich kraj skorzystał na członkostwie w Unii./…/ Sukces na rynkach światowych odniesiony dzięki innowacyjnemu produktowi – oto droga, jaką podąża wielu polskich biznesmenów. Wzrost gospodarczy w kraju jest zasługą nie tyle potężnych inwestorów z zachodu, ile małych i średnich przedsiębiorstw należących do obrotnych wynalazców lub ich rodzin. Dzięki temu Polska uodporniła się na wahania koniunktury na świecie i nie jest zdana na łaskę globalnych koncernów./…/ Kraj stopniowo odcina się od roli wiecznej ofiary, zajętej wyłącznie użalaniem się nad sobą. Zbiorowy kompleks niższości, utrwalony w historii przez zbrodnie, rozbiory i zniewolenie, przekształcił się w nowe poczucie własnej wartości i niepohamowaną ambicję.”
Na innych
„Gazeta Współczesna” nr 116
Na małżeństwie z obcokrajowcem można zarobić tysiące złotych – informuje Karol Wasilewski w tekście „Fikcyjny ślub przepustką do Unii”.
Białe małżeństwo w Białymstoku kosztuje 25 tysięcy złotych. To najprostsza droga do zdobycia stałego pobytu w Polsce, a w konsekwencji uzyskania polskiego obywatelstwa. Dzięki temu można swobodnie poruszać się po 27 krajach wspólnoty i legalnie pracować. A że są chętne osoby, ofert nie brakuje w polsko – ukraińskim magazynie internetowym. Polacy do takiego kroku starannie się przygotowują. Wszak urzędnicy zechcą sprawdzić prawdziwość związku. „Wojewoda ustala, czy związek małżeński nie został zawarty w celu obejścia przez cudzoziemca przepisów o udzieleniu zezwolenia na zamieszkanie na czas oznaczony w Polsce /…/, czy małżonkowie mieszkają wspólnie, czy mówią językiem zrozumiałym dla obojga i przede wszystkim czy w ogóle się znają. Wszystkie te informacje pracownicy ustalają podczas rozmów przesłuchań”. Z fikcyjnych małżeństw rzeczywiście można się utrzymać. Tym bardziej że zapotrzebowanie na tego rodzaju pomoc jest duże. Na dodatek w polskim prawodawstwie nie ma paragrafu, który karałby za zawarcie związku małżeńskiego. Zresztą policja nie odnotowuje skarg z tego tytułu.
„Angora” nr 26
Wzrasta liczba bardzo bogatych Azjatów, posiadających co najmniej milion dolarów w aktywach, które da się zainwestować. Jednocześnie ubywa ludzi zamożnych w Stanach Zjednoczonych.
W ubiegłym roku po raz pierwszy było więcej milionerów w Azji niż w Ameryce Północnej. To skutki ogólnoświatowego kryzysu. Tyle że nie w Azji. „Podczas gdy w 2011 roku Stany Zjednoczone i Europa walczyły z kryzysem zadłużenia, który spowodował niepewność na ich rynkach finansowych, rynki wschodzące nadal odnotowywały wzrost. PKB Chin wzrósł w zeszłym roku o 9,2 procent, co można uznać za spowolnienie w stosunku do 2010 roku. Wzrost ten jednak przyćmił amerykański i zachodnioeuropejski, wynoszący około 1,7 proc. Populacja Chińczyków posiadających milion dolarów do zainwestowania wzrosła o 5,2 procent – do 562 400. Liczba milionerów w Japonii też jest wyższa – o 4,8 procent”. Spadek milionerów odnotowała Polska. O 7,8 proc. Prognozy dotyczące zamożności świata w tym roku również nie prezentują się zbyt optymistycznie. Dojrzałe rynki się kurczą, do tego dochodzi niepewność związana z wyborami i polityką finansową nowych rządów – donosi tygodnik w „Groszu do grosza …”, na podstawie Het Financieele Dagblad, The Economic Times.
„Newsweek” nr 26
Grzegorza Laty już nie ma, choć on sam być może tego jeszcze nie wie – pisze Rafał Kalukin w „Kompozycji szopkowej”. Na razie otoczenie szefa PZPN utwierdza go w przekonaniu, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale na październikowym zjeździe raczej przepadnie w głosowaniu.
Ostatnio ponoć wybrano go demonstracyjnie, na przekór politykom i nagonce mediów. Nie da się zaprzeczyć, że G. Lato ma piękną boiskową przeszłość i pasował do układów personalnych. „Nowego szefa polskiej piłki będzie wybierać 120 delegatów. Połowa mandatów jest zarezerwowana dla działaczy wybieranych na zjazdach regionalnych. Nieco mniej (50 miejsc) obsadzą przedstawiciele klubów ekstraklasy i pierwszej ligi. Pozostałe dziesięć przypadnie reprezentantom piłkarskich nisz (m.in.futbolu kobiecego)”. Szefowie 16 regionalnych związków są podzieleni. Część z nich to konserwatywni działacze, lecz przybywa nowych, domagających się zmian. Wizjonerzy z pomysłami nie mają jednak szans. Ani fachowcy z politycznego nadania. „Prezesem PZPN może zostać tylko ktoś mocno usadowiony w środowisku i potrafiący poruszać się w sieci sprzecznych interesów. Padają już zresztą pierwsze nazwiska kandydatów, choć kiepsko znane poza środowiskiem: Ryszard Niemiec, Stefan Antkowiak, Eugeniusz Nowak, Jacek Masiota. /…/ PZPN jest dobrowolnym stowarzyszeniem ludzi, którzy chcą coś zrobić dla polskiej piłki. I lepiej lub gorzej, coś przecież robią” – wyjaśniają autorowi rozmówcy z kręgu futbolowego. Piłka zawsze będzie się kręcić. Zgodnie ze schematem określanym w dramaturgii, jako kompozycja szopkowa. Wykorzystał ja mistrzowsko Stanisław Wyspiański w „Weselu”.
wybrała /ewa/

Koronawirus

COVID -19: aktualne dane WSSE w Kielcach

Ministerstwo Zdrowia w środowym (23 września) komunikacie poinformowało o 974 nowych przypadkach zakażenia koronawirusem i śmierci 28 osób w Polsce (miały choroby współistniejące). Zgodnie...