19.2 C
Starachowice
niedziela, 20/06/2021
Strona główna W numerze Kultura albo Helios

Kultura albo Helios

Filmowi Kingi Dębskiej „Moje córki krowy” wystawiono już tyle dobrych recenzji, że nie obejrzeć go, to dla kinomana dać plamę. Choć opowiada o śmierci, wcale smutny nie jest. Za sprawą dobrego scenariusza i świetnych dialogów. Nie mówiąc o obsadzie aktorskiej.

Poruszone w filmie tematy, zaraz po jego obejrzeniu, nastroją chyba każdego refleksyjnie, nostalgicznie, żeby nie powiedzieć – pokojowo. To dlatego telefon od pracownika call center nie mógł zirytować jednej z takich rodzinnych „córek krów”, zwłaszcza że w przeciwieństwie do wielu osób ona akurat zazwyczaj bywa przyjaźnie nastawiona do telefonujących z rozmaitymi usługowo – handlowymi propozycjami. Ten mężczyzna zapraszał na pokaz najlepszych w świecie garnków. Nawiasem mówiąc, bardzo drogich. Na wstępie usłyszał, że dodzwonił się do domu, w którym z kuchni korzysta się rzadko, więc ekskluzywne naczynia są w niej zbędne. A później wysłuchał wykładu, którego przewodnią tezą była wyższość korzystania z dobrodziejstw kultury nad celebrą przygotowywania choćby najbardziej mile drażniących podniebienie potraw. A zakończony został stwierdzeniem, że przyjemniejszy jest seans w kinie aniżeli udział w pokazie rondli i patelni. Szkoda nań czasu, jeśli można obcować m.in. z fenomenalnymi Agatą Kuleszą, Gabrielą Muskałą (owe córki krowy), Małgorzatą Niemirską, Marianem Dziędzielem, Marcinem Dorocińskim i innymi aktorami, perfekcyjnie przygotowanymi do zawodu. Toż to prawdziwa uczta, tyle że… dla ducha.

Oszołomiony tyradą niedoszłej klientki telemarketer dał się wkręcić w dyskusję i po obu stronach drutu nastąpiła interesująca wymiana zdań na temat kondycji polskiego filmu. Nie wiadomo tylko, z jakim skutkiem dla pracownika telemarketingu. Wszak jego zadaniem było zdobyć klienta, a tymczasem to on sam został zmanipulowany. Ale czy na pewno?

Polski film rzeczywiście ma się dobrze. Zwolenników nie musi już szukać w starszym pokoleniu. To głównie młode osoby zapełniają sale kinowe na seansach „Listy do M2” czy „Słaba płeć?” Na „Moje córki krowy” znajomi dwudziestoparolatkowie też się wy brali. Tym bardziej że w Starachowicach jednocześnie wyświetlano ten film i w Kulturze, i w Heliosie. Można było sobie wybrać pasującą godzinę seansu. Za sprawą owych godzin zdradziłam zresztą Kulturę dla Heliosa. Co tu dużo gadać, ofertę pod tym względem ma interesującą. Ostatni raz przed południem chodziłam do kina w czasach studenckich. Wtedy w Starachowicach o tej porze proponowano najwyżej dzieciom tzw. poranki.

Bez wątpienia multikino za targowicą to największe dobrodziejstwo centrum handlowego. Jak nigdy dotąd mieszkańcy mogą bez konieczności wyjazdu ze Starachowic uczestniczyć nie tylko w kinie kobiet i studyjnym, ale również w premierowych pokazach. Na dodatek te filmy potem jeszcze długo nie schodzą z ekranów. Tak że każdy może je sobie obejrzeć. Najnowszego Jamesa Bonda oglądałam na jednym z ostatnich seansów. W gronie zaledwie kilku osób, które pewnie tak jak i ja cieszyły się, że jeszcze zdążyły na projekcję w Starachowicach.

Bogaty repertuar filmowy w miejskich kinach przybliżył Starachowice do dużych aglomeracji. Pod tym względem nie jesteśmy w tyle. Choć przed półwieczem był w Starachowicach moment, kiedy działały u nas trzy kina: Star, Robotnik i Wrzos. Wybór filmów był więc, jak na owe czasy, szalony. I pomyśleć, że dopiero teraz powróciła porównywalna oferta. Również jeśli chodzi o naprawdę dobre, takie dla masowego widza, filmy produkcji polskiej. Kiedyś czekało się na „Matkę Joannę od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, a dziś równie niecierpliwie na „Ekscentryków czyli po słonecznej stronie ulicy” Janusza Majewskiego. (Gorąco polecam!) W przyszłości zaś na… hollywoodzką może produkcję historyczną o Polsce. Byle nie z okresu wojny, najlepiej z dziejów Piastów czy Jagiellonów. Bo tam są nasze korzenie.

/ewa/

Koronawirus