Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
Aktualności 3 września 2018

(VIEDO) Morza i oceany to jego żywioł

Rejs Niepodległości był drugą podróżą "Daru Młodzieży" dookoła świata. Czci setną rocznicę uzyskania przez Polskę niepodległości i setną rocznicę powstania szkoły - Akademii Morskiej w Gdyni, organizatora przygody dla setek młodych Polaków. Popłynięcie w rejs było marzeniem ucznia I LO w Starachowicach, mieszkańca gminy Pawłów. Właśnie wrócił z morskiej wyprawy. Czego się nauczył i co przeżył? Przed Państwem Maciej Hamera.

– Co słychać Maćku?

– Dobrze i coraz lepiej. Maturę napisałem dobrze, wakacje się kończą i niedługo zaczynam studiować na Akademii Morskiej w Gdyni, która niedługo będzie przemianowana na Uniwersytet. Kierunek, który wybrałem, to „Nawigacja”.

– Rozumiem, że ten wybór nie był przypadkowy?

– Nie, nie był przypadkowy. Od początku liceum, czyli od trzech lat, jest niezmienny.

– Jak to się stało, że znalazłeś się na słynnym żaglowcu „Dar Młodzieży”?

– To był przypadek. Gdyby nie moja przyjaciółka, która poinformowała mnie o tym rejsie i konkursie, w życiu bym się o tym nie dowiedział, nie znalazłbym tego, nie trafiłbym. Przypomniało mi się, że można się na niego załapać na 3 dni przed upływem terminu przysyłania zgłoszeń, więc chwyciłem się dosłownie ostatniej deski ratunku.

– Przyjaciele pomagali ci w internetowej rekrutacji, aby dostać się do tego tysiąca młodych osób, które biorą udział w kilkunastu etapach rejsu. Zakończy się bowiem w Panamie w przyszłym roku.

W konkursie brało udział mniej osób, bo do tego „tysiąca” wchodzą również studenci Akademii Morskiej, którzy mieli zapewniony udział przez uczelnię. Na początku było nas około pięciuset osób. Pierwszym etapem rywalizacji było zamieszczenie na Fb zdjęcia, które przedstawiało swoją osobę jako ambasadora „Małej Ojczyzny”, a o zakwalifikowaniu się do kolejnego etapu decydowały głosy internautów. Trzeba było się uśmiechnąć do przyjaciół, odnowić stare kontakty i po prostu uruchomić wszystko.

– Długo czekałeś na decyzję: płyniesz!

–  Parę dni, a później w drugim etapie, czyli konkursie wiedzy, to jeszcze tego samego wieczorem wiedziałem, że już płynę.

– Konkurs wiedzy o…?

Głównie z historii, ponieważ rejs jest organizowany z okazji 100- lecia odzyskania niepodległości. Ale były też podstawy żeglarstwa, tudzież tematyka morza w Biblii.

–  Co czułeś, gdy dowiedziałeś się, że jesteś grupie osób, które popłyną?

– Ogromne niedowierzanie. Pamiętam jak trzy albo i cztery razy podchodziłem do wywieszonej listy i sprawdzałem, czy to na pewno nie jest pomyłka, czy to nie jest jakaś inna lista, czy się na pewno załapałem…

– Z marszu nie popłynąłeś, jakie były więc przygotowania?

– Szkolenie, które mieliśmy przygotowane w Gdyni, trwały tydzień. Tuż przed maturą szkoliłem się więc z bezpieczeństwa, ratownictwa morskiego, aby rejs przebiegł jak najbezpieczniej. A specjalnych przygotowań, osobistych nie musiałem robić. Parę rejsów już miałem za sobą, z grubsza wiedziałem, co należy zabrać i miałem to przygotowane w domu.

– Czyli byłeś pewien, że matura pójdzie „gładko”?

– Nie, ale trzeba było tam pojechać i to był jedyny możliwy termin.

– Pierwsze wrażenia po wkroczeniu na pokład…

– Wejście na żaglowiec nie było jakoś bardzo wyjątkowe. Był harmider, zapisywanie uczestników, zdawaliśmy swoje dokumenty, wypełnialiśmy formularze. Uwierzyłem, że to jest real, że płyniemy i że faktycznie to się dzieje, w momencie, kiedy już wypływaliśmy ze Szczecina, byliśmy na Zalewie Szczecińskim, potem kierowaliśmy się do Świnoujścia i to była raczej taka najzwyklejsza dziecięca radość, że to się wreszcie stało.

– Jak wyglądały wasze pierwsze dni?

– Na początku zapoznawano nas ze statkiem, byliśmy trochę niepewni. Nie wiedzieliśmy, co wolno, czego nie wolno, kto jest kim na pokładzie, jaką pełni funkcję. Więc to wszystko wiązało się z poznawaniem, naprawianiem popełnionych błędów.

– Jaki kraj i jaki port był waszym pierwszym przystankiem?

– Najpierw zawinęliśmy do Bremerhaven w Niemczech. Tam jest również świetna Akademia Morska, która współpracuje z akademią z Gdyni, stąd również port nie był przypadkowy. Mój etap obejmował również Bordeaux we Francji i płynęliśmy przez Kanał La Manche, a potem do Hiszpanii na Teneryfę.

– Były chwile grozy?

– Nie, nie przypominam sobie. Cały rejs przebiegał bardzo spokojnie. Zatoka Biskajska, która jest znana z nieprzewidywalnych wiatrów, sztormów, złej pogody potraktowała nas bardzo łagodnie. Na Morzu Północnym według skali Beauforta był już sztorm, ale też statek nasz tego bardzo nie odczuł. Chwil grozy nie było tak wiele, no, może jedna, gdy pracując na wysokościach z piętnastu metrów spadł mi młotek na burtę. To była chwila niepewności.

– Dobijaliście do różnych portów. Mieliście czas na zwiedzanie tych miejsc?

– To zależało od tego, w której się było wachcie. Ponieważ praca była zorganizowana na trzy około czterdziestoosobowe grupy, mające zajęcie w konkretnych godzinach. W każdym porcie przez dobę jedna z tych grup też musiała zostać na statku i pracować – nie mogli wyjść. I moja wachta pierwsza trafiała tak, że w każdym porcie musieliśmy zostać, bo mieliśmy dyżury. Pracowaliśmy od godziny 12.00 w południe do 16.00 i od północy do 4.00 rano. Więc zwiedzaliśmy najmniej ze wszystkich wacht, ale następnego dnia mieliśmy możliwość wyjścia.

– Co utkwiło ci najbardziej w pamięci z tego rejsu?

– Na pewno sam rejs, to, jaką wesołą gromadkę stanowiliśmy. Ludzi o podobnych zainteresowaniach, laureatów konkursu, którzy zostali zabrani w ten rejs, ale i studentów. Pomimo pewnych niesnasek, kiedy trzeba było stanąć przy tej samej linie i i jednak pracować równomiernie na korzyść całej wachty i statku, to było bardzo istotne, że potrafiliśmy się tak zebrać i ostatecznie obowiązki wykonać porządnie.

– Rodzina się cieszyła z sukcesu?

– Tak, oczywiście.

– Gdybyś miał szansę jeszcze raz wziąć udział w wyprawie, zdecydowałbyś się?

– Bez cienia wątpliwości, a że dostałem się do akademii, która organizuje praktyki na „Darze”, to pewnie się jeszcze popłynę. Mam cichą nadzieję.

– Z doświadczenia wiem, że żeglarstwo zazwyczaj zaszczepiają ojcowie albo dziadkowie?

– U mnie w najbliższej rodzinie nikt nie żegluje ani nie żeglował, ale wiem, że jakiś daleki wujek ze strony mamy był marynarzem, ale nic poza tym. To była moja bardzo spontaniczna decyzja. – Synu, co byś powiedział na obóz żeglarski na Mazurach? – zapytał tata. – No, dobrze, zobaczymy jak będzie… Okazało się, że miałem niesamowitego instruktora, od którego się zapaliłem i od tamtej pory nie gasnę.

– Patent jest?

– Żeglarski, tak i sternika w zasięgu ręki.

– Gdzie się widzisz za 5, 10 lat?

– Da Bóg, jako oficer na statku, ze stałą pracą.

– Niech się spełni i dziękuję za rozmowę.

 

Maciej Cieciora