Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
Aktualności 14 września 2018

„Trzeba widzieć człowieka…”

Wywiad Gazety

Jest doktorem politologii, przez trzy kadencje była posłanką, chwilę piastowała podobny urząd w Parlamencie Europejskim. Po wielu latach powróciła na Ziemię Świętokrzyską, do rodzinnych Starachowic. I choć mogłaby już odpoczywać i podziwiać krajobrazy oraz czytać ukochane książki, ona tak nie potrafi. Nadal chce angażować się w życie społeczne, tym razem na lokalnej niwie. Zapraszam na rozmowę z Bronisławą Kowalską.

Od kilkunastu wydań Gazety Starachowickiej nasi Czytelnicy czytają jej publikacje. Porusza w nich ważny dla każdego Polaka temat konstytucji. Przybliża jej historię i wpływ na losy Narodu i państwowości. Postanowiłam poznać Panią, z którą mam przyjemność dzielić się łamami Zielonej. Gości mnie u siebie w domu. Wszędzie otaczają nas książki, które zapełniają przestrzeń od sufitu po podłogę. Czas naszej rozmowy odlicza bijący stary zegar, który pani Bronisławie towarzyszy w jej podróży życia. Zarówno tego zawodowego, jak i prywatnego.

                 

* * *

– Pani Bronisławo, to kiedy pani wróciła do Starachowic?

– W Świętokrzyskie, do mojego miasta, wróciłam po 35 latach, w roku 2013.

– Czyli jest pani rodowitą starachowiczanką?

– Tak, tu się urodziłam, tu dorastałam, tu nasiąkałam świętokrzyskim klimatem. Wyjechałam na Dolny Śląsk, do Oleśnicy, w 1981 roku, po stanie wojennym. Tam podjęłam pracę, jako instruktor harcerski. Główna Kwatera Związku Harcerstwa Polskiego skierowała mnie do Centralnej Szkoły Instruktorów Zuchowych.

– To było po studiach?

– Nie. Wcześniej skończyłam filologię polską w Kielcach. Po studiach pracowałam dwa lata w Zbiorczej Szkole Gminnej w Brodach, jako nauczyciel języka polskiego. Zaproszono mnie na kurs instruktorów zuchowych ZHP do Oleśnicy. Tam dostrzeżono moje zdolności pedagogiczne i organizacyjne. Dostałam angaż na etat starszego instruktora wykładowcy. W Centralnej Szkole w Oleśnicy pracowałam przez trzy lata, a następnie znalazłam się Legnicy, gdzie pracowałam w Komendzie Chorągwi ZHP, jako kierownik wydziału zuchowego. Jednocześnie uczyłam w Zespole Szkół Technicznych i Ogólnokształcących, jako polonistka.

– Wróćmy na chwilę do tego czasu, zanim pani opuściła Świętokrzyskie. Jak wspomina pani Starachowice swojej młodości?

– Starachowice wspominam, tak jak moją młodość, czyli tkliwie. Małe, przytulne, może nie tak zielone jak w tej chwili, bardzo słoneczne, rozłożone na wzgórzach. Wspominam różnorodność ludzi, ich serdeczność w sposobie komunikowania się. Pamiętam też Starachowice gwarne i zapracowane, pełne tłumów wychodzących z „piątej bramy”.

– A jakie szkoły pani kończyła?

– Do liceum chodziłam w Ostrowcu Świętokrzyskim, było to pięcioletnie liceum zawodowe, a po maturze zdałam do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Kielcach. Wybrałam Kielce ze względu na bliskość domu. Wychowywałam się tylko z mamą, opiekowałam się nią w chorobie. Tato nie żył. Po ukończeniu „Przedszkolanek” zaproponowano mi pracę w przedszkolu w Michałowie. Do zdawania na studia wręcz zmusiła mnie dyrektorka tego przedszkola, pani Wiesława Rozwadowska. Na egzaminy pojechałam bez przygotowania. Zawsze byłam łakoma wiedzy, chciałam jak najwięcej się nauczyć i swoją ciężką pracą zdobyć pozycję, która pozwalałaby mi pomagać ludziom. Dlatego wybór zawodu nauczyciela był z przekonania i miłości do dzieci. Z tego powodu wybrałam „Przedszkolanki”, potem Wyższą Szkołę Pedagogiczną, a wreszcie będąc już w dużej polityce, zajmowałam się pomocą dla małych gmin, miasteczek i ich mieszkańców (…). Od zawsze jestem wrażliwa na los człowieka, jego krzywdę.

– Zielone, swojskie, otoczone lasami nasze miasto i nagle to zderzenie się z innym krajobrazem. Z ziemiami odzyskanymi.

– Tak, z niemal europejskim światem, zupełnie innym klimatem. Przecudnej urody Wrocław, który w trakcie mojego pobytu na Dolnym Śląsku stał się europejskim miastem, otwartym na świat, o dużej różnorodności kultur. Wspierający ludzi kultury, nauki czy biznesu (…). Mieszkałam w Legnicy, 65 kilometrów od Wrocławia, która również jest miastem fantastycznym. A ponieważ do tego miasta migrowali ludzie ze wschodu, więc spotykałam mieszkańców pochodzących z Kielc, Starachowic, a nawet ze Stykowa, Iłży czy Bodzentyna, z tych rejonów. Był nawet zamysł, by utworzyć „Klub Jodły”, po to, by ludzi ze Świętokrzyskiego ze sobą zintegrować.

– Transformacja 1989 roku. Zmiany. Co się działo w pani życiu?

– Zaangażowałam się w ruchy kobiece, w stowarzyszenia miejskie. Byłam już osobą znaną, ufano mi. To polityka mnie znalazła i tak trafiłam do Sejmu.

– Nigdy pani nie ukrywała, że polityczne serce ma pani po lewej stronie.

– Lewica jest tym ruchem, który walczy o inną dystrybucję budżetu. Bardziej prospołeczną. Ujęła mnie swoją wrażliwością na ludzką krzywdę. Weszłam do struktur Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie bałam się wyrażać swoich opinii, nie boję się publicznych wystąpień, dyskusji, a nawet przyjmowania negatywnych uwag od oponentów. Mimo tego, starałam się zawsze współpracować z każdym, kto może coś dobrego zrobić. Dziwiono się, że ja, posłanka z ramienia SLD pomagam kościołom. Z księdzem Mateuszem Gackiem stworzyliśmy w Legnicy stołówkę dla bezdomnych. Wykorzystałam swoje kontakty i na przykład dzięki współpracy z przedsiębiorcami organizowałam żywność dla stołówki. Otoczyłam opieką Dom Dziecka siostry Elżbiety.

– Czyli pomoc ponad podziałami? Wygląda na to, że w pani przypadku to wyszło.

– Tak, bo najważniejszy jest człowiek i jego godność. Tak mówił ksiądz Czesław Wala, gdy przychodził do moich rodziców na placki ziemniaczane. Trzeba widzieć człowieka i jego potrzeby. Trzeba zrozumieć motywy jego zachowania. I to jest najważniejsze.

– Zaczęła pani od działalności lokalnej, by chwilę potem znaleźć się w dużej polityce. W 1993 roku została pani posłanką na Sejm RP z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ma pani za sobą trzy kadencje w Parlamencie, a także działalność w sztabie wyborczym u boku dwukrotnego prezydent RP Aleksandra Kwaśniewskiego…

– Przez trzy kadencje byłam w Prezydium Kluba Parlamentarnego i członkiem Zarządu Krajowego SLD.

– Głosowała pani za powstaniem województwa świętokrzyskiego?

– Oczywiście, że tak! Przecież to moja matczyna i ojcowska ziemia.

– Trzymała się pani z kobietami w polityce?

– Pani profesor Danuta Waniek, minister Izabela Jaruga – Nowacka, Basia Labuda, Joanna Staręga – Piasek, profesor Zofia Kuratowska i jeszcze kilka innych pań. Stworzyłyśmy Parlamentarną Grupę Kobiet, dzięki której działaniu wymusiłyśmy na ówczesnym premierze Waldemarze Pawlaku, powstanie urzędu pełnomocnika do spraw kobiet. W tej grupie, mimo różnic, spotkały się kobiety, które chciały coś osiągnąć, o coś powalczyć. To z nami współpracowała Janka Ochojska.

– Wbrew temu, że wtedy były początki parlamentaryzmu, były niesnaski i kłótnie, przewroty i odwoływania premiera… Czy ta polityka była inna niż jest obecnie? Pytam panią, jako obserwatora życia publicznego, byłą parlamentarzystkę.

– Wiele nas różniło, ale łączyła nas idea odbudowy Polski po okresie PRL-u, idea odbudowy polskiej gospodarki, samorządu i społeczeństwa obywatelskiego.

– W 1995 roku, co oczywiste dla posłanki SLD, poparła pani w wyborach Aleksandra Kwaśniewskiego.

– Byłam szefową sztabu wyborczego prezydenta Kwaśniewskiego na Dolnym Śląsku. Aleksander zachęcił mnie do swojej kandydatury otwartością i tolerancją, wrażliwością i jednoczeniem ludzi oraz ogromną kulturą osobistą.

– A wpadki prezydenta pani pamięta?

– Proszę pani, ja je oceniam bardzo negatywnie, ale to nie oznacza, że nie będę miała szacunku do tego człowieka. Wciąż cieszy się popularnością wśród Polaków, a nawet niektórzy politycy strony przeciwnej pozytywnie oceniają jego prezydenturę. Ja tylko przypomnę, że to on wprowadzał Polskę i do Unii Europejskiej i do NATO (…). To m.in. on otworzył Polskę na Zachód.

– Postać Jolanty Kwaśniewskiej w pani wspomnieniach?

– Imponowała swoją działalnością charytatywną. Współpracowała z księdzem Arkadiuszem Nowakiem i siostrą Małgorzatą Chmielewską. Pomagała szpitalom, bezdomnym i budowała kliniki dla chorych dzieci. Wzbudzała szacunek. Podobnie, jak pani prezydentowa Maria Kaczyńska. Uśmiechnięta, mądra, skromna kobieta.

– Przez chwilę była pani posłem obserwatorem do Parlamentu Europejskiego.

– Byłam w grupie 17 osób, które miały przyglądać się pracy parlamentarzystów europejskich, w latach 2003 – 2004, w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. W Parlamencie Europejskim zachwyciła mnie organizacja, wolność toczonej tam debaty i serdeczność ludzi, którzy nas tam przyjmowali.

– Chciałabym prosić panią o szczerą odpowiedź. Wydarzyło się coś, co spowodowało, że pierwszy raz od pierwszych wolnych wyborów, nie mamy przedstawicieli lewicy w parlamencie. Pokusi się pani o ocenę?

– Wydaje mi się, że największym błędem już w latach 2005 – 2007 było to, że przestaliśmy, jako SLD dostrzegać problemy ludzi. Przestaliśmy z nimi rozmawiać i ich słuchać. Niektórzy zachłysnęli się władzą. Ten sam błąd popełniła Platforma Obywatelska. Lewica odeszła od swojego programu. Zaczęła dbać tylko o gospodarkę, nie o ludzi. Po wyborach w 2005 roku, wystąpiłam z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Byłam zmęczona braniem odpowiedzialności za błędy, które nie zostały przeze mnie popełnione.

– Czy oddając legitymację partyjną pożegnała się pani również z polityką ogólnopolską?

– Tak.

– A co pani robiła w tym okresie po pożegnaniu się z polityką? Przed decyzją o powrocie do Starachowic?

– Byłam prodziekanem Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Legnicy. Zajęłam się pracą naukową i publicystyką. Obroniłam doktorat na Uniwersytecie Wrocławskim. Mówią, że dobry.

– Tam miała pani dom. Skąd pomysł, by wrócić tu, do Starachowic?

– Zawsze chciałam wrócić. Jak pisał Mickiewicz: „kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie, święty i czysty jak pierwsze kochanie”. Tu były moje pierwsze przyjaźnie, pierwsze miłości… Rodzina.

– Czy będąc posłanką i te kilka lat wstecz, odwiedzała pani nasz region?

– Stale tu byłam! Wiele razy każdego roku. Tu jestem zakorzeniona. Tu mam groby rodziców. Tu mam siostrę, przyjaciół. Znałam dokładnie problemy miasta. Nawet będąc w parlamencie omawialiśmy wspólnie wiele spraw z tutejszymi posłami. Problemy Starachowic czy regionu nie były mi obce. W Sejmie lobbowałam wśród kolegów posłów za dobrymi rozwiązaniami dla Starachowic. Świętokrzyskie zawsze było w moim sercu i w mojej duszy. Wróciłam. Do gniazda.

– Czym obecne Starachowice różnią się od tego miasta, z którego pani wyjechała?

– Są piękne! Zmieniają się. Miasto rozbudowuje się, a ludzie nie zmienili się ze swoją serdecznością. Jednocześnie otworzyli się na świat. Są ciekawi nowych rzeczy.

– A czy adaptacja w nowym, choć starym miejscu dużo czasu pani zajęła?

– Jestem w Towarzystwie Przyjaciół Starachowic, tu poznałam nowych ludzi. Wspólnie spędzamy czas, więc chyba tak.

– Od kilku tygodni, Gazeta Starachowicka publikuje cykl pani artykułów dotyczących konstytucji. Skąd pomysł, by przybliżyć czytelnikom ten dokument?

– Rozpoczęła się dyskusja o konstytucji, która jest bardzo źle prowadzona. Mówi się o czymś, o czym część rozmówców nie ma pojęcia. Dlatego próbuję wyjaśnić podstawowe pojęcia i pokazać historię naszych konstytucji.

– Zadam przewrotne pytanie. Za rok, w 2019, Zjednoczona Lewica układać będzie swoje listy do parlamentów – naszego i europejskiego. Dzwoni szef tej lewicy i pyta, czy może by pani znowu spróbowała swoich sił, tym razem ze świętokrzyskiej listy. Co pani robi?

– Ja mówię stanowcze: nie.

– Podczas naszej rozmowy o działalności poselskiej, nie ma prawie wcale wątków dotyczących stricte klasycznej polityki. Padają słowa: socjal, dziecko, senior, chory, potrzebujący.

– Tak, po prostu człowiek. Człowiek jest najważniejszy, a ja zawsze byłam z ludźmi. Mogę powiedzieć patrząc im prosto w oczy: jestem zawsze z Wami.

– Ja już wiem, myślę że część naszych Czytelników również. Postanowiła pani spróbować swoich sił w działalności samorządowej, jako radna miejska. Dlaczego?

– Kocham Starachowice i dlatego tu wróciłam. Zawsze z Wami. Wiele się nauczyłam i mogę skutecznie pomóc mieszkańcom Starachowic. Zależy mi na tym, by otoczyć szczególną opieką seniorów i powołać Rzecznika Praw Seniora, który skupi wokół siebie wolontariuszy. Wolontariat oparty będzie na więzi sąsiedzkiej i międzypokoleniowej, który osobom samotnym i potrzebującym zapewni pomoc. Bo kto z nas nie ma zaufanych sąsiadów? Bardzo bym chciała, by powstał tu Ośrodek Opieki Krótkoterminowej dla ludzi starszych, taka przejściówka, między szpitalem i domem. No i drugi biegun – dzieci i młodzież. Uważam, że należy zwiększyć ilość zajęć korekcyjnych. Wprowadzić elementy nauczania dwujęzycznego. A wykorzystując moje kontakty, oferuję pomoc w organizacji wypraw na wyższe uczelnie i wykłady ciekawych ludzi.

– Czyli znowu postawa prospołeczna i pomoc socjalna?

– Tak. Zawsze!

– A jak się nie uda, to zajmie się powtórną lekturą tych wszystkich książek, które nas otaczają?

– Na pewno czytać będę, bo to nieodłączna cecha mojej osoby. Będę współpracować z organizacjami, wspierać społeczeństwo obywatelskie. Jeśli tylko ktoś będzie chciał korzystać z mojego doświadczenia, zawsze z ogromną przyjemnością pomogę.

– Jest pani nadal: politykiem i społecznikiem, czy byłym politykiem, wciąż społecznikiem?

– Zawsze społecznik, już nie polityk. Zawsze z ludźmi.

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

 

Anna Ząbecka