Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 4 grudnia 2018

Na innych łamach

                      „Polityka” nr 46

„Trzeba ludzi obudzić” – apeluje Madeleine Albright, była sekretarz stanu USA, rozmówczyni Jacka Żakowskiego. Obawia się bowiem, że wraca faszyzm.

„Wiele z tego, co teraz obserwuję, przypomina to, co działo się dziewięćdziesiąt lat temu. /…/ W wielu krajach poważnie już liczą się politycy, którzy idą ścieżkami przetartymi przez dwudziestowiecznych faszystów. /…/ Nasze społeczeństwa przechodzą zasadnicze zmiany. Jedne grupy bardzo szybko zyskują, inne tracą, a reszta boi się, że może stracić. /…/ Takie emocje sprawiają, że wielu ludzi gotowych jest zaufać tym politykom, którzy z dużą pewnością siebie oferują proste, zrozumiałe recepty i obiecują jakąś świetlaną przyszłość tym, którzy im dadzą władzę – tak jak to robili Mussolini i Hitler. /…/ Faszyzm to rządy w imieniu większości kosztem praw mniejszości. /…/ Orban, który mówi o nieliberalnej demokracji, idzie dokładnie tą drogą. Nie buduje wspólnoty różnych grup społeczeństwa. Pogłębia podziały, by zarządzać konfliktem, który napędza.” Jednocześnie M. Albright nie sądzi, by w Polsce była dyktatura. Raczej konsolidacja władzy jednej partii kosztem praw mniejszości. Zastanawiać może jedynie to wpatrzenie w Budapeszt. Polska polityka wciąż zaskakuje. Bo tak łatwo rozprawiono się z sądami przy obywatelskiej zgodzie (ludzie nie rozumieją, że niezależne sądy nie są potrzebne sędziom, lecz właśnie obywatelom). Ale interesujące są wyniki wyborów samorządowych. Uwidoczniła się przy tym różnica między prowincją a metropoliami. Cokolwiek jednak by mówić, Polska zmieniła kierunek i dziś jest niechętna wspólnotowości. Jeszcze w 1991 r. Polacy chcieli być Europejczykami. Stali się nimi, a teraz … zrobili paradoksalny zwrot. „Każdy kraj ma prawo iść swoją drogą wobec imigracji i szukać własnej równowagi między korzyściami wielokulturowości a niepokojem, jaki ona może wywoływać. /…/ Ale w XXI w. nie można oczekiwać respektowania i form życia rodem z XVI w. Musimy być otwarci i uczyć się też od przybyszów. Ameryka bardzo na tym skorzystała. Historycznie Polska też bardzo dużo skorzystała ze swojej otwartości i różnorodności. Podobnie jak Ameryka, dużo byście stracili, gdybyście się teraz zamknęli za murem nacjonalizmu./…/ Ludzie nie wiedzą, że nie będą mieli wolności ani dobrego życia, jeżeli nie będą politycznie aktywni – interesując się, głosując, kandydując, wspierając polityków, których poglądy podzielają. Zwykli obywatele muszą wrócić do polityki. Trzeba ich do tego przekonać. Wtedy znów będzie dobrze. Przestrzegam przed złudzeniem, że można mieć demokrację bez czynnych obywateli. Faszyzm sobie bez nich poradzi. Władzom wystarczą wykonawcy poleceń. A demokracja bez obywateli ginie.”

 

                             „Newsweek” nr 47

Od stycznia 2019 r. Niemcy mają otworzyć rynek pracy dla imigrantów zarobkowych spoza Unii Europejskiej. Na razie tylko częściowo, ale Polska na tym straci. Pytanie, ile? – zadaje Radosław Omachel w „Żegnaj, Polsko”.

Ukraińcy już się cieszą. Nie będą się zastanawiać, jak dostaną propozycję stawki kilka razy większej niż w Polsce. W Niemczech liczba wakatów wzrosła ostatnio do poziomu najwyższego w historii – do 1,24 mln. I rośnie w tempie 160 tys. rocznie. To akurat tyle, ile mają do obsadzenia polscy przedsiębiorcy. „Podobnie jak w Niemczech, najwięcej wakatów jest u nas w przemyśle, budowlance, usługach i handlu. Gdyby nie milion imigrantów ze Wschodu, polska gospodarka już dawno zadławiłaby się z braku rąk do pracy.” Blisko dwie trzecie imigrantów zza Bugu pracuje legalnie i płaci składki do ZUS. Ze statystyk wynika, że w 2017 r. Ukraińcy wydali w Polsce 8 mld zł. To niewiele. Bo oszczędzają, żeby jak najwięcej odłożyć. Niektórzy potrafią w Polsce przeżyć za 200 zł miesięcznie. Co drugi bowiem pracujący w Polsce Ukrainiec ma opłacony przez pracodawcę nocleg, co trzeci także wyżywienie. „Procesy demograficzne są nieubłagane. Co roku z polskiego rynku pracy odchodzi na emerytury o ćwierć miliona ludzi więcej, niż pojawia się na nim absolwentów szkół /…/. Obniżenie wieku emerytalnego w ubiegłym roku pogorszyło sytuację.” Z korzyścią dla nas, akurat wtedy załamała się sytuacja gospodarcza na Ukrainie, a Niemcy uwikłały się w spór o imigrantów. I Polska zaspokoiła popyt na siłę roboczą ze Wschodu. Tyle że ten sprzyjający czas dobiega końca. Bo do walki o pracowników włączyły się Czechy, Słowacja i Węgry. Za chwilę wszystkich ubiegną Niemcy. Tam stawki godzinowe są bardzo wysokie i choć koszty życia niemałe, Ukraińcom będzie się opłacało tam emigrować. Pracownicy z Ukrainy jeszcze u nas są, gdyż mają wydeptane ścieżki migracyjne. No i łatwiej nauczyć się im języka polskiego niż niemieckiego. Ale po otwarciu niemieckiego rynku wielu szybko wyjedzie. Wszystko zależy od tego, w jakim tempie Niemcy będą otwierać swój rynek. „Czarny scenariusz zakłada, że w ciągu kilku miesięcy z pracy w Polsce zrezygnuje pół miliona Ukraińców. Czyli co drugi. Bardziej realny jest odpływ 200 – 300 tys. pracowników /…/ .” Polska nie uniknie perturbacji. Spadną inwestycje, z którymi i tak jest krucho. „Żeby załatać dziury po Ukraińcach, pracodawcy będą musieli podnieść wynagrodzenia. W górę pójdą ceny robót budowlanych, usług opiekuńczych, robocizny w przemyśle/…/. Na zatrudnienie osoby do sprzątania stać będzie tylko najbogatszych. Rachunki za wyjście do restauracji też będą musiały wzrosnąć. Podobnie jak ceny żywności, bo gros Ukraińców pracuje przecież w rolnictwie /…/.” Międzynarodowa konkurencyjność polskich firm zacznie spadać. W konsekwencji czeka nas spadek nawet 1,6 proc. PKB – wieszczy autor.

                „Przegląd” nr 44

Przywódcy Wielkiej Trójki stworzyli fundamenty historycznego sukcesu Polski – przypomina Lech Mażewski w tekście „Najazdu Mongołów nie będzie”.

Rekonstrukcji powojennej Polski dokonano w trakcie konferencji jałtańskiej 4 – 11 lutego 1945 r. „W sprawie granicy wschodniej ustalono /…/, że Lwów pozostanie po stronie radzieckiej. Jeśli chodzi o granicę zachodnią, Stalin energicznie bronił linii Odry – Nysy Łużyckiej, widząc w nabytkach Polski na zachodzie rekompensatę za to, co utraciła na wschodzie. Z pewnością pogląd generalissimusa nie wynikał z jakichś propolskich sentymentów. Sądził on zapewne, że w ten sposób Polska – jakakolwiek by była – pozostanie na zawsze uzależniona od wschodniego mocarstwa, bo tylko ono mogło powstrzymać niemiecką chęć rewanżu. „Nie mam zamiaru udusić polskiej gęsi, zanim padnie od niemieckiej niestrawności”, odpowiadał chichotliwie Churchill przywódcy Kraju Rad. Okazało się, że i on gruntownie się pomylił. Ale stało się to widoczne dopiero w dłuższej perspektywie.” Przebieg polskiej granicy zachodniej ostatecznie ustalono w Poczdamie 17 lipca – 2 sierpnia 1945 r. Wytyczono linię, która dziś odpowiada granicy polsko – niemieckiej. Nowa wschodnia granica została określona w umowie zawartej 26 lipca 1944 r. między PKWN a władzami radzieckiej Ukrainy, Litwy i Białorusi. W przybliżeniu odpowiadała ona linii granicznej między Niemcami a ZSRR po klęsce Polski we wrześniu 1939 r. Państwo polskie w wyniku zwycięstwa nad Niemcami w II wojnie światowej zostało przesunięte na zachód, nabierając jednonarodowego charakteru, co ostatecznie sprawiło, że Polska nie była kolejnym ułomnym wcieleniem szlacheckiej Rzeczypospolitej.” Mocarstwa anglosaskie i Związek Radziecki porozumiały się również co do tego, że będzie ona bytem w pełni suwerennym w sensie prawnym, ale pozostającym w sowieckiej strefie wpływów. /…/ Z perspektywy 100. rocznicy odzyskania niepodległości możemy stwierdzić, że Polska wykorzystała szansę jaką mimowolnie stworzył nam Stalin. Stała się nareszcie dużym państwem europejskim/…/.” Umocniła obecność nad Bałtykiem, uniemożliwiając zajęcie mocarstwowego stanowiska przez Brandenburgię/Prusy. Można uznać, że 100 lat od odzyskania niepodległości, w tym prawie trzy ćwierci wieku w sytuacji istotnej korekty terytorialnej wraz z przesiedleniami ludności, Polska jest mocniejsza. Decyzje z lat 1943 – 1945 – wbrew intencjom autorów – nam nie zaszkodziły. „Wiem, że przynajmniej dla części z nas to horribile dictu, ale należy wyraźnie bronić takiego stanowiska. Nie miejmy bowiem złudzeń: geopolityczna pustka na europejskim Wschodzie, spowodowana najazdem Mongołów na Ruś na początku wieku XIII w., nie wróci.”

 

                                                „Angora” nr 44

„100 plakatów na 100 – lecie odzyskania niepodległości” przez Polskę pokazała paryska Galeria Roi Dore – relacjonuje Magdalena Sawczuk.

Wystawa nie skoncentrowała się wyłącznie na tej przełomowej chwili, czyli 11 listopada 1918 r. Zaprezentowała 100 lat dziejów państwa polskiego – od pierwszej wojny światowej przez dwudziestolecie międzywojenne, drugą wojnę światową, aż do końca lat 80. Plakat propagandowy dokumentuje nie tylko zjawiska czy wydarzenia, ale również sposób, w jaki chciano, aby były one postrzegane. Prace miały jednoczyć odbiorców sztuki wokół wspólnego celu czy przeciwko wspólnemu wrogowi. Dla dzisiejszej publiczności bywają trudne do odczytania, gdyż wymagają znajomości kontekstu historycznego. Wystawa jest zatem specyficznym spojrzeniem na Polskę, pozwalającym jednak poczuć atmosferę epoki. Galeria Roi Dore adresuje swą działalność do międzynarodowej publiczności, stąd tytuł „Polish Independence Poster”. Zresztą sporo plakatów jest obcojęzycznych. Wiele powstało za granicą. Przecież w latach 80. chociażby stan wojenny i represje antysolidarnościowe wywoływały oburzenie świata. „Wśród prezentowanych prac można znaleźć plakaty bardzo znane – jak chociażby część plakatów z wojny polsko – bolszewickiej, słynny „Poland First To Fight” czy emblematyczny kowboj, wzywający na wybory w „Samo południe, 4 czerwca 1989 r.”/…/. Do mniej rozpoznawalnych plakatów zaprezentowanych na wystawie należy niewątpliwie część najwcześniejszych prac, jak np. szwajcarski plakat z 1915 r., zachęcający do wspierania akcji humanitarnej polegającej na niesieniu pomocy ofiarom wojny w Polsce czy amerykański plakat z Kościuszką, nawołujący, aby w akcie patriotyzmu ograniczyć spożycie pszenicy, tłuszczu, cukru i mięsa. Mniej znane szerszej publiczności są również plakaty z okresu plebiscytu na Górnym Śląsku. Polski widz może ponadto odkryć liczne, a mało znane w Polsce, plakaty z okresu stanu wojennego, powstałe we Francji. Wśród nich znajdują się min. in. prace Jana Lebensteina czy Romana Cieślewicza /…/, nie brakuje perełek. Poza wspomnianymi /…/ na wystawie znaleźć możemy prace Ferdynanda Ruszczyca, Wojciecha Kossaka, Edmunda Bartłomiejczyka, Władysława Skoczylasa, Luisa Marcoussisa, Stanisława Westwalewicza, Zygmunta Turkiewicza, Tomka Kawiaka, Henryka Tomaszewskiego i wielu innych twórców.”

               „Nie” nr 43

Zdaniem Agnieszki Wołk – Łaniewskiej, czemu dała wyraz w komentarzu zatytułowanym „Szampan w rynsztoku”, jedynym wygranym wyborów samorządowych zdaje się być … Robert Biedroń. Jego sukces polega na tym, że … nie grał.

„Biedroń wykazał się znakomitym instynktem politycznym, rezygnując z udziału w tych wyborach – i jako prezydent Słupska, i jako formacja. W pierwszym aspekcie byłby w dupie niezależnie od wyniku: przegrana podcięłaby jego wizerunek, zbudowany na sukcesach „innej polityki samorządowej”; wygrana uwiązałaby go na 5 lat na prowincji, bo przecież nie uchodziłoby ciepnąć „ukochanym Słupskiem”” po roku. W drugim – fakt, że nieistniejąca jeszcze formacja Biedronia nie usiłowała wystartować w wyborach samorządowych w całym kraju, co przy braku struktur i pieniędzy gwarantowałoby falstart, był nader racjonalną decyzją, podjętą wbrew intensywnym naciskom różnych mędrców, którzy ględzili o kapitulacji i oddawaniu walkowerem. W Słupsku Biedroń potwierdził swoją pozycję przełomowego samorządowca: namaszczona przez niego /…/ jego dotychczasowa zastępczyni, wygrała wybory w pierwszej turze – i to mimo iż była na pierwszej linii ataku w związku z „aferą pedofilską” w miejskim domu kultury. Jego radni – w tym on sam – mają największy klub w radzie miasta. Dziś, po zabezpieczeniu tyłów w Słupsku, Biedroń może przystąpić do poważnej budowy nowej ogólnopolskiej formacji, czego mu życzę. Osobiście mam nadzieję, że formacja zawrze partnerską koalicję z SLD – Lewicą Razem, co stworzy rzeczywistą nową jakość po tej stronie sceny politycznej.” Bo ta jest bardzo potrzebna.

                                        „Tygodnik Powszechny” nr 41

Abp Wojciech Polak zapowiedział w br. stworzenie dokumentu o wykorzystywaniu seksualnym małoletnich przez duchownych – informuje Anna Goc w „Zadaniu do odrobienia”.

„Ma /…/ służyć do komunikacji ze społeczeństwem, pokazać nie tylko, jaka jest nasza wola, ale też jakie działania za tym idą, jakie są kierunki tych działań, co udało nam się zrobić, co widzimy w pewnej perspektywie /…/.” Autorka przypomina, że od 2014 r. – zgodnie z wymogami Kongregacji Nauki Wiary z 2011 r. – w każdej diecezji i zgromadzeniu zakonnym powinni działać delegaci ds. ochrony dzieci i młodzieży, odpowiedzialni za przyjmowanie zgłoszeń ofiar wykorzystywanych seksualnie przez duchownych. W każdym przypadku stosowny sygnał miał rozpoczynać dochodzenie. Sprawę należało też zgłosić do Watykanu. Skądinąd wiadomo, że część biskupów z tego się nie wywiązywała. „Prawie połowa diecezji, nie podając numeru telefonu delegata na swojej stronie internetowej, uniemożliwiała ofiarom zgłaszanie spraw. W trzech diecezjach empatii zabrakło przy doborze delegata – tam tę funkcję pełnią rzecznicy prasowi kurii. Wreszcie – zdarzało się, że brakowało jej samym delegatom. Mimo przeszkolenia, niektórzy z nich odbierali zgłoszenia słowami: „A co tam się dzieje?”, inni proponowali spotkanie w kurii, choć ofiara ma prawo do wyboru miejsca, w którym będzie czuła się bezpiecznie.” Ba, koordynator ds. ochrony dzieci i młodzieży nie mógł wyegzekwować informacji dotyczącej liczby ofiar i sprawców. Ciekawe, czy w raporcie znajdą się dane sprzed 2011 r. Wtedy to bowiem od przełożonego zależał sposób ukarania duchownego wykorzystującego seksualnie nieletniego. Ślady w dokumentacji powinny pozostać. Ale jeśli nie wszczynano postępowań, będzie to trudne do ustalenia. Do przeglądania diecezjalnych archiwów biskupi desygnowali wybrane przez siebie osoby. Nie ma się jednak co spodziewać, że powstanie raport podobny do tego, jaki przedstawiła Konferencja Episkopatu Niemiec. Tam zamówiono audyt zewnętrzny. Okazało się, że w latach 1946 – 2014 co najmniej 1670 duchownych w Niemczech molestowało nieletnich.

wybrała /ewa/