Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 4 grudnia 2018

„Postępować w zgodzie ze sobą”

Z cyklu: Sławni prywatnie - Anna Kerth

Aktorka telewizyjna, teatralna, filmowa. Lektorka, reżyserka, producentka, żona i mama. Szerszej publiczności jest znana z serialu "Na Wspólnej", w którym wciela się w rolę Małgosi Zimińskiej. Jest również life coachem, a dzięki swojej autorskiej metodzie Warm Up pozwala na odnalezienie w sobie wewnętrznej siły.

Jak wyglądała jej droga do tego miejsca, w którym teraz jest? Czy zmieniłaby coś w swoim życiu? I jak to się stało, że została aktorką – opowiada GAZECIE Anna Kerth.

– Spotykamy się w Starachowicach, wiem, że w naszym mieście wypoczywa pani z rodziną. Skąd wybór tego miejsca?

– Chyba taki pomysł na to, żeby zobaczyć zupełnie coś nowego, a niedaleko Warszawy. Gdy tu  jechaliśmy, pojawiła się taka myśl, żeby się troszeczkę schować, bo nie jest to wybór oczywisty.

– Udało się?

– Trochę tak. Jak chce się odpocząć, to trzeba wybrać, że będzie to albo aktywny wypoczynek, albo bardzo relaksacyjny. Ponieważ poprzedni nasz weekend był bardzo aktywny i to za granicami naszego kraju, teraz mamy pełen relaks właśnie w Starachowicach.

– Szerszej publiczności jest pani znana przede wszystkim z roli Małgosi Zimińskiej w serialu „Na Wspólnej”, ale i z seansów kinowych, jak i spektakli teatralnych. Jak to się stało, że postanowiła pani zostać aktorką?

– To zaczęło się, gdy byłam małą dziewczynką. Niedawno moja mama była zagadnięta przez jedną z mam szkolnego koleżeństwa o ty, że gdzieś w pierwszej lub drugiej klasie szkoły podstawowej każde dziecko wypisywało kim chciałoby zostać. Wiadomo, że to są takie tendencyjne odpowiedzi, ale ja rzeczywiście tam napisałam, że aktorką i to jest dla mnie bardzo miły dowód, że wiedziałam od początku, że to jest to, do czego chciałabym dążyć. Naprawdę zaczynałam bardzo wcześnie, do dzisiaj pamiętam, że trochę „męczyłam” sąsiadów swoimi lalkowymi przedstawieniami, organizowałam także takie „podwórkowe” z kolegami z klatki. Potem w podstawówce, gdy trafiła nam się przecudowna nauczycielka ś.p. Barbara Reichelt i prosiła nas, żebyśmy dla zabawy przedstawiali fragmenty naszych lektur, to my z koleżanką robiłyśmy nadprogramowe sceny dla klasy. Potem to my poprosiłyśmy nauczycielkę, by była opiekunem kółka teatralnego. Tak naprawdę zapoczątkowałyśmy to, co jest teraz normą. Pamiętam, że specjalnie dla nas, już w kolejnym roku, wybudowano scenę, gdy się okazało, że to nie jest taki nasz wybryk. Tak to się zaczęło.

–  I stąd studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie?

– Tak, teraz to już Akademia. Przeczytałam wielokrotnie wymienianą przez aktorów książkę o Modrzejewskiej, o tym, jak ona kształtowała swój kunszt właśnie w Krakowie –  wiedziałam, że ja bym chciała jak ona – i się udało. I to było takie pragnienie, spełnienie marzeń. Byłam taką szczęściarą.

–  Trudny kierunek studiów, były pot i łzy?

– Tak, były. Każda szkoła ma inne podejście, ale ja, jedna z tych najmłodszych osób na roku – miałam 18 lat – poza kółkami teatralnymi naprawdę nie miałam doświadczenia. Kompletnie nie wiedziałam z czym to się „je”. Byłam naprawdę taką dziewczynką, która miała wyobrażenie, że ona by chciała w teatrze rozbawiać świat, radować ludzi, dawać im wzruszenie. Nie miałam pojęcia czym jest budowanie, manipulacja widza, ja się po prostu chciałam wczuwać w tę postać, poznawać człowieka. Słyszałam różne wtedy historie, o łamaniu studentów – a może ty za inteligentna na to, za wrażliwa – a ja cały czas mówiłam – nie, przecież aktor powinien myśleć, powinien mieć świadomość siebie. Pierwszy rok to było bardzo mocne zderzenie z rzeczywistością, głównie dlatego, że spotykasz starszych kolegów, którzy mają bardzo silne osobowości, którzy wkręcają cię, którzy mają dla ciebie podchwytliwe, trudne zadania aktorskie. Czasem również upokarzające. W tym zawodzie, oprócz tego, że spełniasz swoje marzenia, to często odbijasz się też od ściany. Ludzie mówią, że wystarczy, by jedna osoba się wzruszyła, że jedną osobę zmieni to, co robisz, proponujesz i to daje bardzo dużo energii, by działać dalej. Aż mam ciarki na ciele jak o tym mówię… Ale bardzo często za przeproszeniem dostajesz po czterech literach. Musisz mieć twardą skórę. Tutaj naprawdę stykasz się z najdelikatniejszą cząstką człowieka. Nie tylko się nią zajmujesz i musisz ją przejąć na siebie, ale musisz mieć takie czułki na drugiego człowieka, żeby jednak umieć go dotknąć.

– Pierwszą pani rolą była…

– Mój rok prowadził Jan Peszek, który bardzo często podkreślał nam, że został „ukształtowany” przez Bogusława Schaeffera – reżysera i scenopisarza sztuk muzycznych. |Zagrałam więc w jego sztuce „Raj Eskimosów” i to był wielki komplement dla mnie po tych czterech latach studiów. Ja, jako Ona w tym spektaklu, to było wspaniałe. Trzeba było zagrać kilka postaci w jednym przedstawieniu, więc to była ta moja pierwsza rola, którą do tej pory miło wspominam. Taką, którą tworzyłam do ostatniej chwili i która z tych pierwszych ról dotknęła mnie najbardziej emocjonalnie była rola Ali w „Tangu” Sławomira Mrożka w reżyserii Jacka Bunscha. To była bardzo ważne dla mnie doświadczenie. Ta rola musiała dojrzewać. Bardzo dotkliwie to przeżyłam, wiele się nauczyłam. Po tym przedstawieniu wychodziłam z roli przez około dwa miesiące, ponieważ bardzo ja wzięłam na siebie. Wtedy zaczęłam zwracać większą uwagę na to, jak bezpiecznie wchodzić i wychodzić z roli, spektaklu.

–  Co decyduje, że projekt jest wart pani udziału?

– Po pierwsze: im więcej doświadczenia, tym lepiej dla mnie. Mam ogromny głód pracy. Robię wiele rzeczy, nie zawsze to jest granie, czasem reżyseruję, prowadzę warsztaty. Decyduję się, kiedy chcę doświadczyć czegoś nowego, czegoś czego jeszcze nie przeżyłam wcześniej. Biorę na siebie czasem karkołomne wyzwania, ale rzeczywiście lubię sobie stawiać wysoko poprzeczkę. Każda kolejna reżyseria musi jednak nieść za sobą coś nowego, tak samo rola. Musi mnie dotykać w środku do tego stopnia, że nie jestem w stanie przerwać czytania tekstu. Jeśli po dwóch stronach zostawiam tekst, to wtedy zadaje sobie podstawowe pytania: potrzebuję tego do mojego CV? Finansowo, czy też po prostu, żeby sobie popracować? Mogę to zostawić i szukać czegoś nowego?

– Z którego jest pani najbardziej dumna?

– Najbliższy jest mi projekt pt. Slam Sensing Nation Sensation, łączący w sobie slam poetycki z lingwistyką. Niedawno minęła rocznica  jego stworzenia. Występowałam w nim trochę jako reżyserka, bardziej jako producentka i pomysłodawczyni. Stworzyłam go razem z Karoliną Gębską, a zaczęło się od tego, że ja przetłumaczyłam tekst wiersza Marcina Cecki „Czekam w kuchni na objawienie”. Jeszcze parę lat temu występowałam głównie jako lektorka języka angielskiego, ponieważ dużo lat pracowałam za granica i operowałam tym językiem. Wtedy zrodził się pomysł – co by było, gdyby tekst przetłumaczyć z języka na język, jak w głuchym telefonie. Ponieważ oprócz tego, że uwielbiam zagłębiać się w człowieka, to lubię też myśleć o tym, jaki jest rytm postaci. Nawet robiłam badania na ten temat. Ale to było właśnie impulsem do tego, żeby zobaczyć, co robi tłumaczenie z tekstem. My przetłumaczyłyśmy – o ile dobrze pamiętam – na osiem języków. To było niesamowite. Do tego wzięłyśmy wspaniałych artystów i każdemu z nich daliśmy muzyka – również wspaniałe talenty, do których teraz trzeba się dobijać na koncerty. To co z tego wyszło, było niesamowite. Na przykład z tekstu typowo męskiego, smutnego, depresyjnego powstał tekst wyrażany przez kobietę: melancholijny, romantyczny, dający nadzieję. Wspaniałe było więc zobaczyć, jak rzeczywiście dany język i dana mentalność narzuca pewien charakter tekstowi i postaci.

Sukces cieszy…

– Oj, tak, tym bardziej że przyszło mnóstwo ludzi. Informacja, że jest coś takiego rozeszła się  pocztą pantoflową po Warszawie. Dodatkowo dzięki temu projektowi powstał chór, który prowadzi Sean Palmer. Warto podkreślić, że jest to bardzo artystyczny projekt, więc nie do każdego na pewno przemówi, ale z tego jest dumna, że doprowadziliśmy do premiery i to naprawdę w bardzo krótkim czasie. Jeżeli chodzi natomiast o aktorskie dokonania, to najbardziej mogę być dumna z roli w filmie „Running in Traffic”, za którą byłam nominowana do nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej BAFTA. To było bardzo ważne dla mnie, kolejne marzenie. Oczywiście w małym stopniu zrealizowane, ale jednak. Bardzo chciałam zagrać za granicą, w filmie fabularnym, a to był akurat mój debiut. Zostałam doceniona przez szkockie towarzystwo filmowe, co jest dla mnie bardzo dużym wyróżnieniem.

– Wrócę do roli, która nadal przynosi pani największą rozpoznawalność, Małgosi Zimińskiej. Serialową rodzinę „Na Wspólnej” tworzy pani od...

– Na planie jestem od 25 października 2005 r., ponieważ to było kolejne marzenie stanąć na planie serialu, chociaż wtedy to nie było popularne i byłam linczowana przez moje kochane środowisko, w którym wtedy się obracałam… Na samym początku to była nauka wszystkiego, bo co prawda w Szkocji zagrałam w krótkich metrażach, ale tam to była praca zupełnie inna. Mieliśmy czas, a tutaj byłam kompletnie zaskoczona chociażby tempem pracy. Poza tym myślałam „filmowo”, że postać musi być jakoś narysowana, i my później to zmienimy. Myślałam, że to się zadzieje szybko. A tutaj jeden miesiąc, drugi trzeci i ja muszę grać nadal taką samą postać. Nie ma żadnej zmiany. Dla mnie było to bardzo trudne. Dostałam jednak szansę. Zobaczyłam przez te 10 – 12 lat, jak bardzo zmienia się to środowisko i jego podejście do różnych projektów, działań. Weszłam dokładnie w tym momencie, kiedy show-biznes i świat serialu zaczynał się rozwijać. Jesteśmy teraz w zupełnie innym punkcie, kiedy seriale są małymi filmami, o których myślałam wtedy.

    – Jest pani krytyczna wobec siebie?

– Myślę, że to widać nawet po tej rozmowie. Nie ma bardziej surowego krytyka niż my sami, ale też mam przy sobie wielu krytyków. Nauczyłam się brać z niej naukę, wyciągać wnioski a nie biczować się.

– Zdarza się, że wraca pani do domu i nie wychodzi z granej roli?

– To, co przynoszę do domu, to stres po… Bo samej roli raczej nie. Chociaż to mogą powiedzieć moi bliscy, bo czasem jest pytanie: jesteś tu?, a ja odpowiadam, że jeszcze nie, poczekaj. Zmienia mi się głos, napięcie twarzy, postawa, ale mam swoje techniki, takie „ochronki”, żeby nie przenosić tego świata. Ale czasem zdarza się, że przynoszę do domu emocje z planu i muszę dać im upust.

  – Łączy pani rolę żony, matki, aktorki i jeszcze ma czas na swoje dodatkowe zajęcia?

– Chodzę z synem na spacery, coraz częściej udaje mi się przeczytać książkę. Wciąż nie mam jednak czasu na jakieś dodatkowe sprawy. Kiedyś, nawet w czasie ciąży, szłam na siłownię poćwiczyć, teraz znajduję na to czas w domu i o wiele krótszy. Muszę bowiem dbać o swoje życie zawodowe, które jest dla mnie bardzo ważne. W ten sposób się spełniam.

– Skupia się też pani na pomocy innym w rozwiązywaniu ich osobistych problemów.

– Zgadza się, w life coaching wchodzi motywacja, natomiast warto powiedzieć, że nie jestem mówcą motywacyjnym, jak wielu sądzi, staram się to rozgraniczać. Preferuję spotkania jeden na jeden i skupienie się na tym, co jest do zrobienia. Czasem mam warsztaty dla większej grupy, ale zamiast wykładu proponuję ćwiczenia Warm Up. To moja metoda pracy z ciałem i umysłem, którą wykorzystuję w coachingu. Pozwala niemalże w każdych warunkach i w każdym stroju zrelaksować się, zaktywizować, skoncentrować. Wychodzę z takiego założenia, że ciało zrelaksowane zdecydowanie lepiej wysyła nam informacje i o wiele szybciej, sprawniej i bardziej instynktownie reaguje. Mam ponad 10 lat doświadczenia pracy z ciałem i umysłem oraz nad rozwojem osobistym.

– Co by pani zmieniła w swoim życiu, gdyby miała taką szansę?

– Często o tym myślę. Jest wiele rzeczy, które bym zmieniła, wiele decyzji podjęłabym inaczej. Staram się jednak pamiętać, że wtedy podejmowałam je z taką emocjonalnością, ze świadomością siebie. Wiem, że byłam kiedyś bardzo kategoryczną osobą i często niesamowicie ostrą w podejmowaniu decyzji. Niby postępowałam w zgodzie ze sobą i dla swojego dobra, ale patrząc wstecz widzę, że były decyzje, które podjęłam, bo ktoś mi coś zasugerował, a ja byłam w wielkich emocjach i nie wiedziałam co zrobić, bądź zwyczajnie byłam przestraszona. Nie umiałam wziąć na siebie pewnego ciężaru.

– A co chcę pani po sobie zostawić?

– Chyba po prostu dobrą pamięć. Byłoby miło – aż się wzruszyłam – żeby ludzie dobrze o mnie myśleli i żeby mój syn był ze mnie dumny, mąż, i…

     – Czego zatem życzyć młodej, pełnej energii, spełniającej się kobiecie?

– Fajnych ról filmowych, teatralnych oraz zdrowia. To są moje pragnienia. Wszystkiego, co w samym środeczku, o czym marzymy. Tego życzę też czytelnikom „Gazety Starachowickiej”.

– Dziękuję za rozmowę.

Maciej Cieciora

Na swoim koncie ma wiele ról teatralnych, telewizyjnych i kinowych

Aktorka, Anna Kerth opowiedziała o swoim życiu zawodowym i prywatnym dziennikarzowi Gazety, Maćkowi Cieciorze