Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 8 stycznia 2019

Na innych łamach

                                 „Przegląd” nr 47 

„Co z roku 1918 powinna przejąć dzisiejsza władza?”, zastanawiają się w „Pytaniu tygodnia” wraz z Michałem Sobczykiem:

prof. Zdzisław Jerzy Adamczyk, historyk literatury – „W roku 1918 i wcześniej, mimo ostrych sporów i konfliktów między partiami, w życiu politycznym na ogół respektowane były zasady przyzwoitości i uczciwości, a nawet honoru. Politycy zachowywali zdolność do wyrzekania się doraźnych korzyści dla wartości wyższych i wspólnych, jak dobro narodu. Dziś po zasadach  nie ma śladu. W cenie jest spryt, który chce uchodzić za mądrość, wartością jest skuteczność, polegająca na oszwabianiu przeciwnika, polemikę zastąpiło dążenie do likwidacji politycznego konkurenta. /…/ Czy gdyby w podobny sposób zachowywali się „ojcowie niepodległości”, wybilibyśmy się na tę niepodległość?”; dr Mikołaj Mirowski z Muzeum Historii Polski –  „Sukces roku 1918 – 11 listopada, konferencja w Wersalu, skuteczna obrona granic – był możliwy dlatego, że wszystkie ośrodki niepodległościowe, które na co dzień były w ostrym konflikcie politycznym, potrafiły się dogadać. /…/ Dzięki działalności Piłsudskiego na rzecz państw centralnych, a później porzuceniu ich, oraz dzięki aktywności Dmowskiego na rzecz państw ententy bez względu na to, jak potoczyłyby się losy wojny, uzyskaliśmy szanse na odzyskanie niepodległości./…/ Pepeesowcy i endecy potrafili na tyle przezwyciężyć antagonizmy, że możliwe było powstanie państwa oraz wypracowanie przez nie dorobku kulturowo – społecznego, który był spoiwem społeczeństwa podczas II wojny światowej i potem w PRL. Dlatego zachęcałbym do dialogu – nie tylko rządzących, ale także opozycję. A zacząć można od złagodzenia języka i nieodczłowieczania adwersarzy”; Iza Mrzygłód z Instytutu Historycznego UW – „Zwróciłabym /…/ uwagę na wrażliwość i elastyczność ówczesnej polskiej polityki w dwóch wymiarach: sytuacji geopolitycznej i zmian społecznych. Idąc bowiem na ustępstwa, Piłsudski liczył się z zależnościami i powiązaniami łączącymi Polskę z Europą. /…/ Ale warto też zwrócić uwagę na rozumienie zmian zachodzących na Wschodzie i ich wpływu na ziemie polskie. Gotowość do podjęcia demokratycznych reform i wprowadzenia regulacji pożądanych przez świat pracy była nie tylko dowodem politycznej odwagi i postępowości – uczyniono ogromny krok na drodze emancypacji społecznej, lecz także rozumienia szerszych zjawisk i dążenia do zapewnienia stabilności w niestabilnych czasach”.

                                   „Gość Niedzielny” nr 49

Jeśli chodzi o redukcję emisji CO2, polityka prowadzona przez Unię Europejską jest bardzo radykalna – mówi Andrzejowi Grabowskiemu wywiadzie „Dekarbonizacja – jakim kosztem?”, Dominik Kolorz, przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko – Dąbrowskiego NSZZ „Solidarność”.

  Stanowisko krajów spoza Unii jest zupełnie inne. USA wycofało się z porozumienia paryskiego, Rosja zasad polityki klimatycznej nie respektuje, a Chiny w ogóle nie przejmują się jakimikolwiek ustaleniami w sprawie redukcji emisji CO2. Porozumienia z Kioto nie przestrzegają Australia oraz Kanada. Tym samym polityka klimatyczna prowadzona przez UE nie dość że nie jest skuteczna, to prowadzi do negatywnych konsekwencji na całym kontynencie. Widząc tę hipokryzję w podejściu do problemu, D. Kolorz optuje za polityką klimatyczną bez ideologicznego zacietrzewienia. „Jesteśmy za prowadzeniem działań mających chronić klimat oraz środowisko, ale zarazem jesteśmy przeciwni arbitralnemu wykluczeniu węgla jako nośnika energetycznego, który może być efektywny i czysty.” Nawet energia pozyskiwana z gazu ziemnego nie mieści się w pojęciu zeroemisyjnym. Z kolei energia zielona jest znacznie droższa niż tzw. czarna. „Zielona energia jest niewątpliwie przydatna przy likwidacji smogu, ale w skali przemysłowej nie jest w stanie obecnie zaspokoić nawet części potrzeb energetycznych świata. Zresztą węgiel odpowiednio przygotowany może być także w wykorzystany w gospodarce komunalnej jako paliwo antysmogowe, mam na myśli tzw. błękitny węgiel. Cały Londyn jest w ten sposób ogrzewany, podobnie jak Walia I Irlandia, gdzie udaje się zwalczać smog.” Polska idzie w kierunku termomodernizacji, fotowoltaiki, co jest bardzo drogie! Większości nie stać na nowe piece. Ale i tak węgiel będzie redukowany w polskim miksie energetycznym. Uwzględniając kurczące się zasoby węgla kamiennego trzeba szukać alternatywnych źródeł. Postawić albo na bloki gazowe, albo na jądrowe. Tyle że wciąż najtańszy pozostaje węgiel. „Wystarczy jedynie uruchomić w odpowiedniej skali jego obróbkę, aby nie był zagrożeniem dla środowiska naturalnego.” Inna rzecz, że w 2040 r. ma być tylko 30 proc. energii z węgla. Przyspieszona dekarbonizacja dotknie przemysł i ludzi. Zatrudnionych w całym przemyśle ciężkim. Restrukturyzacja przemysłu ciężkiego dotknęła już wiele rejonów. W Bytomiu, Świętochłowicach, Siemianowicach czy na obrzeżach Rybnika zakłady przemysłowe i kopalnie zastąpiły montownie i warsztaty samochodowe. Tylko w dwóch kopalniach i zakładach naprawczych było 20 tys. miejsc pracy, a jest ok. półtora tysiąca. Dekarbonizacja da podobny efekt. W znacznie większej skali. „Jeśli /…/ zostaną przyjęte rozstrzygnięcia oznaczające dekarbonizację bez zabezpieczeń społecznych, bez powstania alternatywnych miejsc pracy, z pewnością nie będziemy się temu biernie przyglądać. Staniemy bowiem wobec problemu, jak bronić naszych miejsc pracy, w ogóle egzystencji Śląska. Myślę, że nikt nie chce powtórki scenariusza z końca 2015 r., kiedy w kilku miastach doszło do społecznych protestów w obronie likwidowanych miejsc pracy. Tym razem może być podobnie, ale skala tych protestów będzie większa. Dekarbonizacja nie dotyczy tylko górnictwa, ale 90 proc. przemysłu na Górnym Śląsku. To byłaby lawina o gigantycznych, negatywnych skutkach społecznych.

                     „Newsweek” nr 51

„Jak niszczyć dziennikarzy i jeszcze na tym zarobić” – wyjaśnia Cezary Michalski.

„Władza ma nadzieję, że składając przeciw dziennikarzom dziesiątki pozwów sądowych i nasyłając na nich prokuraturę, zdoła ich zastraszyć i zniechęcić do opisywania w roku wyborczym kolejnych pisowskich afer.” Tyle że uderzenie w dziennikarzy TVN okazało się nietrafione. Skończyło się interwencją administracji Donalda Trumpa zaalarmowanej przez amerykański biznes, że Polska rozpoczęła „Putinowską fazę szantażowania prywatnego kapitału – w tym kapitału zaangażowanego w media. List interweniującej w obronie TVN /…/ nowej ambasador USA w Warszawie /…/ do premiera Morawieckiego okazał się dla PiS groźniejszy niż kryzys w stosunkach polsko – amerykańskich wywołany nowelizacją ustawy o IPN. Machiny PiS do walki z mediami to jednak nie zatrzymało. Pozwów przeciwko dziennikarzom przybywa. Przodują w tym MON i SKOK- i. PiS składa pozwy zarówno w sprawach tekstów dotyczących jego finansów czy działań organizacyjnych, jak też dotyczących Jarosława Kaczyńskiego. Pytani o to, czemu prywatnych pozwów w swoich sprawach nie składa sam prezes, pokrywając koszty sądowe z własnej kieszeni, działacze rządzącej partii odpowiadają, że „Kaczyński to organ partii”, zatem partia opłaca te wydatki ze środków przeznaczonych z budżetu państwa na prowadzenie jej statutowej działalności politycznej.” Dziennikarze zaś ryzykują własnymi pieniędzmi na pokrycie ewentualnych kosztów procesowych oraz jeszcze większych kosztów ewentualnej kary. Większość procesów PiS jednak przegrywa. Ale … nic nie ryzykuje. „Za ewentualną przegraną NBP nie zapłaci bowiem Adam Glapiński, ale wszyscy Polacy – łącznie z tymi, którzy też chcieliby wyjaśnienia afery KNF i ujawnienia prawdziwych zleceniodawców jej byłego prezesa. Podobnie to my, podatnicy, opłaciliśmy koszty pozwów składanych przez MON, a ludzie lokujący swoje pieniądze w SKOK-ach płacą za pozwy osłaniające Grzegorza Biereckiego. PiS nie tylko nie ryzykuje, składając pozwy przeciwko dziennikarzom, ale też na nich zarabia.” Sprawy prowadzą kancelarie prawnicze; ich adwokaci jak nie działają w PiS, to są zatrudnieni w instytucjach władzy. Namawiają zatem do składania pozwów, nawet w wątpliwych sprawach, dla ogromnych ryczałtów. W ciągu trzech lat rządów PiS bliskie władzy kancelarie ponoć zainkasowały miliony.

 

                                     „Polityka” nr 50

O „Dentobusach i innych fikcjach” z pediatrą Piotrem Jareckim rozmawiała Violetta Krasnowska. Lekarz ma za sobą 33 lata pracy, również w pomocy doraźnej. Z całą mocą wytyka brak systemu ochrony zdrowia dzieci w Polsce.

„To wszystko ma wiele z picu, pokazówki. Mówi się o otwieraniu gabinetów lekarskich w szkołach, jako o czymś, co poprawi opiekę medyczną dziecka. Błąd. To powrót do starych rozwiązań, które się nie sprawdziły. Za PRL były gabinety dentystyczne i lekarskie w szkołach, i co? O skuteczności ich działania świadczy zły stan uzębienia ich byłych pacjentów. Gabinety lekarskie w szkole również nie są potrzebne. Tworzono je, aby pokazać, że państwo może zadbać o zdrowie dzieci, nie zaprzątając tym głowy rodzicom. Teraz mamy tego powtórkę, bo czy ktoś mówi, że dzieci będą badane w obecności rodziców? Nie! Podczas gdy głównym elementem systemu opieki w cywilizowanym świecie jest to, że osobami odpowiedzialnymi za zdrowie dziecka są rodzice, a nie szkoła czy państwo. W Szwecji rodzic może być ukarany mandatem, że nie prowadzi dziecka do stomatologa, a nie jak u nas: o, przyjechał dentobus, to mamy sprawę z głowy.” Żartem jest zresztą 16 dentobusów na 5 milionów uczniów. Nawet jeśli dentyści stwierdzą próchnicę, kto ma potem leczyć zęby dzieciom?! Dentobus odjedzie i dzieci z nieleczonymi zębami zostaną. Na dodatek stomatolodzy również powinni sprawdzać uzębienie dzieci w obecności rodziców. P. Jarecki trzyma się prawa, nie badając dziecka do 18. roku życia bez rodzica. Rodzice z tego powodu robią mu niekiedy awantury. Niektórzy jednak rozumieją, że nie można dziecka z dobrym efektem zbadać i zadbać o jego zdrowie bez obecności rodziców. Inni przychodzą z dziećmi do tzw. nocnych poradni. Tłumacząc, że nie mają czasu w ciągu dnia. Tymczasem dyżurujący lekarz nie ma dostępu do kartoteki dziecka, która jest w przychodni i wizyta kończy się przepisywaniem przez lekarzy zupełnie niepotrzebnych antybiotyków czy sterydów wziewnych na najmniejsze infekcje. To jest droga na skróty. Leczenie bywa nieskuteczne, gdyż za każdym razem dziecko trafia do innego lekarza. A dzieci powinien badać lekarz, ale rejonowy. Tak naprawdę  jedyne placówki, w których powinien być lekarz i badać dzieci, to są przedszkola i szkoły specjalne. A gdy coś się w nocy dzieje, od tego są szpitale. Tak jest na całym świecie. Program leków dla seniorów podzielił ludzi. Dlaczego np. insulina dla nich jest za darmo, a dla dziecka kosztuje ponad 100 zł?! Konstytucja niby stanowi, że szczególną opieką otacza się dzieci, osoby niepełnosprawne, kobiety w ciąży i osoby w podeszłym wieku. Bonus dostała tylko jedna grupa z czterech! Poza tym, tak naprawdę, pediatrów w

przychodniach nie potrzeba. Od tego są lekarze rodzinni. Pediatra powinien być usytuowany między lekarzem rodzinnym a specjalistą i mieć status koordynatora. Chodzi o to, żeby dziecko szybko trafiało w odpowiednie ręce. „W ten sposób pediatrzy będą zdecydowanie lepiej wykorzystani, bo ponad 90 proc. spraw w przychodni to są rzeczy banalne. ”

 

                                                 „Nie” nr 47

W Polskim Radiu nawet nie trzeba gasić światła. Wszyscy i tak siedzą tam po ciemku i mruczą do mikrofonów to, co im rozkazuje władza – pisze Artur Kulikowski w tekście „Tonąc na falach eteru”.

Atmosfera w budynkach przy ulicach Malczewskiego i Myśliwieckiej jest gorsza niż w stanie wojennym. „Młodzi, oprócz wychwalania działań PiS-u, zajmują się donoszeniem na starszych kolegów i intrygami we własnym gronie.”Dziennikarze z wieloletnim stażem są uważani za ubeków albo resortowe dzieci. /…/ W ciągu ostatnich sześciu lat Program Pierwszy Polskiego Radia stracił prawie połowę słuchaczy. Kultowa niegdyś Trójka – blisko jedną trzecią. Jedynka tak niski poziom słuchalności zanotowała po raz pierwszy w historii.” Jakże inaczej, jeśli w radiowych konkursach zadaje się słuchaczom pytania w rodzaju: „Czy Warszawa jest stolicą Polski?” albo ” Czy w miejscowości Zimna Wódka można kupić napoje bezalkoholowe?”. Żenada… Rotacja zarządzających stacjami radiowymi jest duża. Trudno więc o jakość i stabilizację. Tym bardziej że celem kolejnych dyrektorów i prezesów jest pacyfikacja anten poprzez wyrzucanie lub marginalizowanie niepokornych dziennikarzy. „Z Trójki w ciągu trzech lat odeszło lub zostało wyrzuconych kilkudziesięciu fachowców. W Jedynce podobnie./…/ Są za to młodzi. W większości z doświadczeniem wyniesionym z rozgłośni studenckich lub katolickich, a nawet bez doświadczenia radiowego. /…/Generalnie to desant z mediów narodowych. Ci ludzie na dzień dobry dostają etaty. To od razu stwarza dystans i budzi nieufność wobec nich. /…/ Ich brak doświadczenia nie jest problemem. To są ludzie, którzy mają odpowiednio skalibrowane poglądy. Bez mrugnięcia okiem wykonują polecenia dyrekcji /…/. O wszystkim, co choćby ociera się o politykę, decyduje grupka ludzi z Informacyjnej Agencji Radiowej. To IAR wysyła swoich zaufanych reporterów w kluczowe miejsca. To decydenci z budynku przy Malczewskiego sterują właściwym przekazem dnia. Relacje ich dziennikarzy są puszczane we wszystkich serwisach, na wszystkich antenach Polskiego Radia. Dziennikarzy Trójki nie ma przy ważnych wydarzeniach. /…/ Jeżeli już jest coś istotnego do zrobienia, to o doborze reportera decyduje człowiek z nadania partyjnego. Żeby nie było niebezpieczeństwa, że jego relacja będzie niepoprawna politycznie.”. Bastionem niezależności była Trójka. Że nie opłaca się na antenie przemycać własnych treści, szybko przekonała się jedna z dziennikarek. Zacytowała słowa Wojciecha Manna z pogrzebu Kory. O tym, że piosenkarka żyła w czasach „komunizmu, komunizmu z ludzką twarzą, „Solidarności”, stanu wojennego, demokracji, a wreszcie parodii demokracji.” Dziś w Trójce nie pracuje. Codziennością są donosy, gierki. Nie ma poczucia wspólnoty, jak dawniej. Młodzi z partyjnego nadania zaśmiecają eter ustalonym przez dyrekcję przekazem medialnym.

wybrała /ewa/