Strona główna / W numerze / Na innych łamach

Na innych łamach

                  „Polityka” nr 2

 Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich mówi Joannie Solskiej  o tym, jak PiS konfliktuje mieszkańców z lokalnymi samorządami. „Rząd bierze miasta głodem”, taki jest tytuł wywiadu.

Fala zadekretowanych podwyżek cen spowoduje, że wiele miast znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Wyższe ceny przełożą się na ceny usług świadczonych przez samorządy. A samorządy przecież są ostatnim ogniwem podwyżkowego łańcuszka. Zamrożenie cen prądu wzięło się stąd, że samorządy pokazały ministrowi energetyki skutki ogromnej skali podwyżek cen za energię. Prąd miał być droższy o 50 – 70 proc., a niekiedy i 100 proc. „Renacjonalizacja prywatnych dostawców prądu spowodowała, że cały sektor energetyczny nazywa się dziś narodowy i jest zarządzany niemal całkowicie przez państwo. Gorzej, że ta operacja zmonopolizowała rynek energii, ponieważ cztery wielkie firmy państwowe kontrolują ogromną jego część, ponad 70 proc. I dyktują ceny. Więc mogą wrzucać w koszty różne rzeczy: ratowanie bankrutujących kopalni, budowę elektrowni węglowych czy finansowanie takich przedsięwzięć, jak Fundacja Narodowa. A ponieważ robią to na polecenie rządu, to ten roztacza nad nimi parasol /…/. I mamy takie skutki, że np. krakowskie MPK, które w tym roku za prąd zapłaciło 17 mln zł, w przyszłym będzie musiało wydać nawet o 12 mln zł więcej. W efekcie być może trzeba będzie podnieść ceny biletów. W podobnej sytuacji są spółki kolejowe prowadzone przez samorządy województwa.” Zrobi się problem nawet z zapalaniem ulicznych latarni. Na pewno Kościół powinien zacząć płacić samorządom za prąd, czego nie robi, oświetlając nocą świątynie. Płacą za to władze lokalne. Bo lampy bywają włączane w sieć oświetlającą ulice. Skokowy wzrost cen prądu dotknie szpitale. Najbardziej energochłonny jest sprzęt diagnostyczny – tomografy komputerowe i rezonans. „Każdy szpital musi mieć alternatywną sieć zasilania. To zwykle generatory zasilane ropą.  Dyrektorzy placówek wyliczyli, że zamiast brać drogi prąd z sieci, taniej będzie korzystać z generatorów. Tylko że będzie to zabójcze dla środowiska, bo te spaliny z diesla idą w powietrze.” Likwiduje się wiatraki. Tymczasem za podatki od nich (pomijając poprawę życia mieszkańców) można było remontować drogi, szkoły czy przedszkola. Już żaden z inwestorów prywatnych nie zechce w Polsce wchodzić w odnawialne źródła energii, bo państwo nie ma w tym względzie spójnej polityki. Władze lokalne i przedsiębiorcy muszą utrzymywać nowego monopolistę, jaką są Wody Polskie. Ba, za wodę, która spływa instalacją deszczową trzeba słono płacić. Zniechęca to gminy do jej rozbudowy. Innym przykładem zmuszania do nieracjonalnych zachowań jest konieczność utrzymania stołówki i kuchni, jeśli chce się dać dzieciom w szkole ciepły posiłek. A przecież nie musiałby być gotowany na miejscu w małych placówkach. Byłoby taniej. Reforma oświaty, jak widać, kosztuje coraz więcej. Do każdej złotówki subwencji, którą państwo płaci za jednego ucznia, władze lokalne w 2017 r. musiały dopłacić 44 grosze. To w skali roku 20 mld zł! Gminy stracą też na zamianie prawa użytkowania wieczystego we własność. Bo opłaty przekształceniowe będą jednorazowe, a potem już nic nie wpłynie do kasy samorządu. Zyskają za to deweloperzy. Zadbano zresztą o ich interesy wcześniej. Dostali zachętę budowy osiedli na obrzeżach miast, na gruntach rolnych, których teraz nie trzeba odrolniać. Samorządy będą musiały budować tam drogi. „Samorządy, którym prawo na dalsze zadłużanie już nie pozwala, będą musiały rezygnować z budowy żłobków czy przedszkoli. Ze szkół znikną popularne zajęcia dodatkowe, zabraknie też pieniędzy na finansowanie szczepień przeciwko grypie, HPV czy pneumokokom /…/.” Wszak podatkowe pole manewru nie jest duże. Nastąpi obniżenie jakości życia mieszkańców. Martwi jednocześnie antagonizowanie ludzi, którzy słyszą z ust decydentów, że to samorządy ponoszą winę za podwyższanie cen usług publicznych.

 

                                    „Newsweek” nr 1 – 2

 „Państwo świeckie nie jest możliwe” – przekonuje Marka Górlikowskiego pisarz Stefan Chwin.

„Chodzi mi o to, że pewne powtarzalne formy doświadczenia w jakimś sensie „religijnego” muszą być realizowane w życiu społecznym. Miliony nie mogą bez tego żyć./…/ Nawet w nowoczesnych społeczeństwach jest jakaś ukryta potrzeba zbiorowego doświadczenia „religijnego”, która wcale nie musi się realizować w Kościele czy w związkach wyznaniowych. /…/ Nie wiem, jak w tej chwili wygląda np. we Francji, ale w Polsce ta potrzeba „religijnego” wymiaru państwa wciąż się odnawia. Wyczuli to niektórzy politycy na Węgrzech czy w Polsce i zmierzają w stronę państwa, gdzie czczoną świętością ma być Naród, równie ważny jak Bóg. Ta struktura myślenia „religijnego” może mieć różne warianty, ale wielu ludzi nie potrafi bez tego żyć./…/ Wolter chciał oczyścić duszę ludzką z irracjonalnych złudzeń, by stanęła twardo na gruncie myślenia racjonalnego. Rewolucja francuska marzyła o tym, że lud ukocha Rozum, ale skończyło się na tym, że lud ukochał cesarza Napoleona. Ludzie muszą mieć jakiegoś Szatana i muszą mieć Dobrego Ducha, bo na tej podstawie budują swój pomysł na życie. /…/ Religia we współczesnym świecie jest ostatnim kątem, w którym może się przechować poezja, czyli ludzkie marzenie. /…/ Religia nie może się obronić z punktu widzenia kryteriów racjonalnych, ale ma w sobie niesłychaną siłę marzenia. Przypowieści z ewangelii to są narracje, których nie jest w stanie prześcignąć żaden pisarz./…/ Otóż mądra polityka bierze to pod uwagę. Powinna potrzebę „religijną” modelować w taki sposób, żeby do opowieści /…/ włączyć sceny, które w dobrym świetle pokazałyby instytucję parlamentu, gdzie ludzie toczą spór dotyczący przedsięwzięcia, które chcą przeprowadzić.” Ludzie nie odchodzą od Kościoła, bo ksiądz ma gospodynię czy molestuje ministrantów. Jeśli tak się dzieje, to dlatego, że Bóg wyparowuje z ich serc. I to jest jedna z największych ludzkich tajemnic. PiS gra na „religijnej” nucie. Wywołuje Diabła, przed którym trzeba bronić Polski. Obojętnie co to będzie. W Polsce mamy do czynienia z katolickim społeczeństwem; to się długo nie zmieni. Trzeba zatem być realistą. Nie ranić niczyich uczuć, tylko je akceptować. „Trzeba  /…/ uwierzyć, że także katolicy mogą mieć ochotę na demokrację liberalną, w której będą umieli współistnieć z ludźmi innych przekonań. Trzeba też, niestety, /…/ poświęcić sprawę LGBT oraz ideę radykalizacji postulatów proaborcyjnych. PiS bardzo wiele wygrało na tonie antygenderowym. Nie należy mu dostarczać paliwa. Warto natomiast nieco wyraźniej prowadzić twardszą politykę wobec Unii, tyle że spierać się mądrze o ważne sprawy, takie jak Nord Stream. Wizja partii uległej wobec Unii zaszkodzi każdemu.”

 

                               „Przegląd” nr 52

  Polacy bardzo szybko zaadaptowali do naszych warunków tzw. escape roomy. Krajowa branża wyrosła na czwartego gracza na świecie – donosi Dorota Bartosewicz w tekście „Polska zagłębiem pokojów ucieczki”.

W samej Warszawie powstało ich prawie 120, w Poznaniu ponad 100, we Wrocławiu – 70, a w Bydgoszczy – 42. W całym kraju przeszło 1000. W ubiegłym roku co i rusz powstawały nowe pokoje. Na niemieckim rynku jest ich tylko 759. Przed nami zaś USA, Rosja i Chiny. Nic dziwnego, to duże kraje. Również powierzchniowo. Sam pomysł nie jest nowy. Wszak polska telewizja wyświetlała taki choćby „Ford Boyard”. Z czasem się opatrzył. W 2006 r. grupa informatyków z Doliny Krzemowej wpadła na pomysł przeniesienia gier komputerowych do świata rzeczywistego. Początkowo inspirowano się zagadkami z książek Agaty Christie. Chwyciło. Polakom się to spodobało. Dziś obowiązkowo musi być angażująca fabuła i konieczność współdziałania uczestników zabawy. Escape roomy działają przy tym jak wehikuły czasu. Pozwalają przenieść się w czasie i przestrzeni. Dają możliwość bycia głównym bohaterem czy też sprawcą zdarzeń. W 2017 r. pokoje ucieczki odwiedziło w Polsce 4,2 mln osób. Cena biletu wynosi średnio 100 zł. Najwięcej w Warszawie – 147 zł, najmniej w Rawiczu – 78 zł. Na rynku działa ponad 350 takich firm. Żeby rozpocząć działalność w tej branży, trzeba mieć ok. 100 tys. zł. Tyle że już trwa rywalizacja między escape roomami. Pokoje dzieli się ze względu na trudność zagadek, typ fabuły, generacje. Bywają pokoje naszpikowane elektroniką, z rozbudowaną scenografią, zaawansowanymi efektami dźwiękowymi, nierzadko … z udziałem aktora. Do tego są oryginalne rekwizyty z epoki. Pewnie kiedyś popularność zabawy się skończy. Dlatego do oferty wprowadza się dodatkowe usługi. Np. mobilne pokoje ucieczki. Biznes stawia również na klientów firmowych. Pokoje są wynajmowane na imprezy integracyjne czy rekrutacje pracowników. Ba, właściciele biznesu współpracują z firmami szkoleniowymi, jako pomoc w interpretacji zachowań potencjalnych pracowników. „Biznes na escape roomach zwietrzyły też specjalistyczne firmy oferujące konkretne usługi dla branży – od tworzenia nowych zagadek, przez pisanie scenariuszy, po budowę stron internetowych, systemów rezerwacyjnych i wystroju/…/.” (Czy styczniowa tragedia w Koszalinie zmieni nastawienie ludzi do tego typu zabaw? Trudno powiedzieć. Na pewno jednak uczyni je bezpieczniejszymi, jeśli branżą zainteresowały się organy państwa – przyp. ewa).

                                      „Nie” nr 51 – 52

 „Irż” to racja żywnościowa przeznaczona dla żołnierzy. Przede wszystkim dla żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Na koniec 2018 r. miało ich być 17 tysięcy. Na razie jednak żołnierze racjami handlują, grają „irż” jak w piłkę, ze względu na jej kształt i giętkość.

W sieci można ją kupić za 19 – 25 zł. Z dostawą do domu cena dochodzi do 36,50 zł – informuje Mateusz Cieślak w tekście „Armia zdycha z przejedzenia”. Indywidualna Racja Żywnościowa jest tematem niewygodnym dla MON. Bo to najbardziej osobliwy pakiet żywnościowy na świecie. Co ciekawe, terytorialsi w czasie ćwiczeń nie korzystają z niej, gdyż mają zapewniony catering. W zestawie nr 7 znalazły się dwa opłatki. Z dwóch stron oklejały „baton zbożowo – owocowy o smaku żurawinowym”. Na opłatkach mało kto się poznał; większość wyrzucała je uznając za opakowanie. Tymczasem opłatki są po to, żeby palce się nie lepiły. Baton bowiem zawiera oleje – słonecznikowy i palmowy, skrobiowy i koncentrat z czarnego bzu. W skład racji wchodziła też „karkówka w sosie z warzywami – gotowa do spożycia po podgrzaniu”. Dołączono zresztą sposób przygotowania do spożycia. Przed zjedzeniem trzeba 15 minut podgrzewać. W podgrzewaczu, znajdującym się w paczce. To gruby worek foliowy z chemiczną substancją grzewczą. Ba, po przygotowaniu karkówkę spożywa się w tekturowej rynience służącej za naczynie. Ta rynienka to „bezpłomieniowy podgrzewacz chemiczny”, inaczej BPC. Do picia zaproponowano „koncentrat napoju herbacianego instant o smaku malinowym”. Ale to nie wszystko. W pakiecie znajdzie się też puszka z pasztetem wieprzowym, miód nektarowo – wielokwiatowy oraz 4 suchary. „W internecie znaleźć można instrukcje, jak jeść suchary z irż nr 7. Należy je połamać i wrzucić do podgrzanej karkówki z warzywami, żeby zmiękły. Co oczywiście w warunkach polowych jest raczej niemożliwe, ponieważ BPC wciąż się przewraca.” W trosce o higienę nie zapomniano o papierze toaletowym, papierowej serwetce, nawilżanej chusteczce, a nawet … gumie do żucia. Z przypraw jest sól i pieprz. Na deser cukierki Dicki z witaminą C oraz cukierek Kofik. Zainteresowanemu irż dziennikarzowi resort obrony odpowiedział, że bezpłatne posiłki należą się żołnierzom w trakcie ćwiczeń. Tyle że nie powinny być podwójne, jako np. catering i paczkowane racje. Za projektowanie racji żywnościowych odpowiada Wojskowy Ośrodek Badawczo – Wdrożeniowy Służby Żywnościowej. Dba o należytą wartość energetyczną racji i odpowiednio długi okres minimalnej trwałości. Racje są wcześniej testowane. MON przemilczało jednak koszt irż.

 

                                                    „Forum” nr 25

  „Siekierezadę nad Tamizą” opisują „Society”, „Evening Standard” i „Le Monde”.

W okresie od czerwca 2017 roku do czerwca 2018 roku londyńska policja odnotowała 14 987 ataków z użyciem białej broni. Jest to wzrost o 15 proc. w stosunku do takiego samego wcześniejszego okresu. Lawinowo rośnie liczba ofiar. Historie są smakowitym kąskiem dla brukowców, raczących czytelników krwawymi opowieściami. Statystyki jednak nie uchodzą uwadze polityków i ekspertów w sprawach bezpieczeństwa. Narastający problem upatruje się w braku funkcjonariuszy policji w terenie. W wyniku cięć kadrowych od 2010 roku zlikwidowano 22 tysiące etatów w angielskiej i walijskiej policji. Wini się też za zjawisko tzw. londyński drill. Nowy gatunek muzyczny, powstały w amerykańskich gettach. Londyńskie dzieciaki chcą rapować jak ich amerykańscy koledzy. W powolnym rytmie, w takt ciężkiej muzyki i ostrych tekstów, epatujących brutalną przemocą. Do tego dochodzą stroje – czarne dresy i sportowe buty noszone bez względu na porę roku. Dodatkowym wyróżnikiem jest chodzenie przez cały czas ze „sprzętem”. Czyli z porządną kosą. Nożowników można rozpoznać po charakterystycznych ruchach. „Noszą coraz dłuższe, coraz ostrzejsze i coraz bardziej spiczaste noże, przez co nie są w stanie normalnie zginać nogi /…/. Coraz modniejsze stają się kamizelki przeciwnożowe /…/. W niektórych miejscach nie sposób spokojnie przejść ulicą. W każdej chwili można oberwać od miejscowych, którzy bronią swojej ulicy, swojej dzielnicy. Tyle że oni tak naprawdę niczego nie posiadają! Mieszkają w wynajmowanych mieszkaniach, które nigdy nie staną się ich własnością, i walczą na śmierć i życie za swoje kody pocztowe!” Domeną gangsterów są ponadto sieci komputerowe. Tam popisują się swoimi umiejętnościami na wideoczacie. Najbardziej wstrząsającą formą tych popisów są tablice wyników( scoreboards). Za cios nożem w plecy otrzymuje się ileś tam punktów, ale za wbicie ostrza w brzuch już dwa razy więcej itd. Niektóre nagrania posłużyły nawet jako dowody procesowe. Jeśli bowiem ktoś w teledysku przyznaje się do zabicia kilku osób, wyrok bywa bolesny. Władze oskarżają gangi o nakręcanie fali przemocy. Stąd baza danych z nazwiskami wszystkich rzeczywistych i domniemanych członków band. Najwięcej ujętych w wykazach jest osób czarnoskórych. No i londyńscy raperzy. „Wolność słowa i działalność artystyczna zdają się przegrywać z głosami oburzenia i wezwaniami do moralnej krucjaty.” Stereotypom nie ulegają aktywiści organizacji pomocowych. Pracujący w terenie, starający się stworzyć mapę niebezpiecznych ulic i dzielnic. By identyfikować źródła zagrożeń, docierać do członków gangów i przekonywać ich do złożenia broni. Wskazują zarazem inne możliwości życia – znalezienie pracy, mieszkania, czy choćby uzyskanie pomocy socjalnej. Włączają się ze swoimi inicjatywami chrześcijańskie organizacje, nawołujące do Boga. W swoich tekstach piosenek nakłaniają młodych złoczyńców do przyjęcia chrześcijańskich nauk i powrotu na właściwą drogę. I to niekiedy z powodzeniem.

wybrała /ewa/

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *