Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
Aktualności 8 kwietnia 2019

„Nawet najlepszy zawodnik, od do czasu powinien zmienić klub”

Otwarte karty

Ponad dekadę, bo 12 lat, pełnił funkcję Marszałka Województwa Świętokrzyskiego. Zaskoczył wszystkich przyjmując stanowisko pełnomocnika prezydenta Starachowic ds. społecznych. Jego samego zaskoczył prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, który zaproponował mu start w wyborach do Parlamentu Europejskiego z wysokiego, drugiego miejsca na liście. Jest wykładowcą kieleckiego uniwersytetu. O swoim pochodzeniu mówi z dumą, o swojej rodzinie z uśmiechem, a o pracy z pasją. Zapraszam na spotkanie z Adamem Jarubasem.

 

– Jak się do pana zwracać, doktor czy marszałek?

– Studenci na uczelni używają tej drugiej formuły, a ta praca daje mi dużą satysfakcję. To zwieńczenie kilku lat pracy nad doktoratem z polityki regionalnej i jakiegoś marzenia, aby realizować się również w ten sposób. Ale przyznam, że jednak te 12 lat pracy, jako marszałka województwa, powoduje, że ta formuła bardziej do mnie przylgnęła. Jestem dumny z faktu, że przez trzy kadencje mogłem ją pełnić. Trafiłem na bardzo ciekawy czas, kiedy województwo dostało bardzo duże możliwości. W sumie wartość wszystkich inwestycji przy udziale środków europejskich, to 20 miliardów złotych. Duża ich część działa się przy moim udziale i mam poczucie, że uczestniczyłem w czymś ważnym. Nikt mi tego nie odbierze. I sympatycznie odbieram nazywanie marszałkiem (śmiech).

– A jakim pan jest wykładowcą? Ostrym czy łagodnym? Daje pan studentom drugą szansę?

– Zdecydowanie. Ale pewien reżim musi być, w kartach przedmiotów określone są wymagania, które każdy student musi spełnić.

– Bo naucza pan?…

– Wykładam na dwóch kierunkach, tj. bezpieczeństwo i stosunki międzynarodowe. Miałem możliwość wybrania wykładów monograficznych i jeden z nich dotyczy zrównoważonego rozwoju, drugi programowania strategicznego. Tym się zajmowałem, gdy pracowałem, jako marszałek. Mam również zajęcia z fundraisingu, czyli umiejętności pozyskiwania funduszy dla organizacji pozarządowych. Mam w tym obszarze wiele doświadczeń i jest to ta sfera, gdzie m.in. współpracowałem z młodzieżą, stworzyliśmy pierwszy w kraju program aktywności społecznej młodych, jako strategię dla nich. Tu, w Starachowicach też jest ambitna młodzież (Młodzieżowa Rada Miasta) realizująca projekty wynikające z tego programu. Podsumowując, jestem wykładowcą demokratą i przypominam sobie swoje czasy studenckie, gdzie też nie zawsze byłem przygotowany do zajęć (śmiech). Dlatego rozumiem, że studentom, którzy przecież są dorosłymi ludźmi i mają swoje problemy na głowie, trzeba dawać szansę, ale trzeba też wymagać.

– Praca, uczelnia. Nie kolidują ze sobą? Jak pan godzi to wszystko?

– Wymaga to ode mnie większego nakładu pracy. Muszę przygotować konspekt, zaplanować sobie treści, jakie chcę przekazać. Staram się podchodzić do nauczania bardzo poważnie, bo studenci są wymagający. Praca, w sensie wymiaru dydaktycznego zajmuje mi dwa dni, poniedziałek i wtorek. Pozostały czas mogę przeznaczyć na pracę tu, w i dla Starachowic. Przychodząc do tej pracy nie miałem świadomości, że wystartuję w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dlatego dziś mam jeszcze więcej wyzwań przed sobą.

– Bywa pan w ogóle w domu?

– Bywam, choć żona żartuje, że bywam rzadziej niż jako marszałek. To ta słabsza strona obecnego funkcjonowania. Tak to jest, że choć uzyskałem najwyższy wynik w regionie, ponad 32 tysiące głosów, to koalicji, która tworzy większość i daje prawo do rządzenia, nie udało się utworzyć. Z pokorą przyjąłem ten wynik. (…) Na pewno, jeśli ktoś, mimo tego że się partyjnie różnimy, poprosi mnie o poradę czy konsultację, chociażby w sprawie strategii, którą będziemy budować na kolejne 10 lat, to pomogę. To ważny moment w historii województwa, kiedy wskażemy te najważniejsze kierunki rozwoju i spróbujemy je dostosować do programów rządowych i europejskich. Te lata doświadczeń, to że negocjowałem dwa programy siedmioletnie bezpośrednio z Komisją Europejską, to doświadczenie, którego nie chowam, oferuję obecnemu Zarządowi Województwa. Tak rozumiem służbę publiczną.

– A tak szczerze, było panu przykro?

– Tak. Byłbym nieszczery, gdybym zaprzeczył. Najbardziej wtedy, gdy ludzie pisali mi sympatyczne słowa. Przyznam, że nad jednym z wpisów zakręciła mi się nawet łezka w oku. Mam wiele sympatycznych wspomnień. Swój mandat starałem się wypełniać blisko ludzi, bywać u nich, wspierać. I tego będzie mi brakować, choć cały czas jestem aktywny. Nie siedziałem w urzędzie celebrując władzę, nigdy nie przesiąkłem jej atrybutami. A że lubię jeździć samochodem, to w trakcie podróży do Starachowic, układam sobie wiele spraw w głowie… Na pewno trochę żal, ale mam teraz możliwość funkcjonowania w innych obszarach. A ktoś kiedyś powiedział, że „nawet najlepszy zawodnik, od czasu do czasu powinien zmienić klub”, zobaczyć jak funkcjonuje się gdzieś indziej.

– Ale chyba te trzy ostatnie lata nie były proste?

– Moja pierwsza kadencja to było ciekawe i twórcze doświadczenie, bo tworzyliśmy koalicję z partią rządzącą, mieliśmy w Sejmiku koalicję PSL, PO i PiS z ówczesnym premierem Przemysławem Gosiewskim, który starał się pomagać regionowi. Pamiętam nocne spotkania u niego w kancelarii i z ręką na sercu mówię, że bardzo się starał. Żałuję, że tej sprawności, wpływu i przełożenia na decyzje nie mają obecni parlamentarzyści i nie stać ich na to, by rozmawiać. By nie tylko się zwalczać, ale umieć się porozumieć.

– Poseł Gosiewski taki był?

– Tak. Często dzwonił i na przykład mówił, że trzeba przyjechać do niego na 22.00 i coś przekonsultować.

– Mimo różnicy partyjnej?

– Mimo tego. I tego mi brakuje u obecnych przedstawicieli władzy.

– Czy dobrze wnioskuję, że myśleliście podobnie, że sprawy województwa i pogląd na temat świętokrzyskiego powinien być ponadpartyjny?

– Co do głównych kierunków strategicznych, co do inwestycji oczywiście. (…) Ś.p. poseł Gosiewski chodził, rozmawiał, wiercił przysłowiową dziurę w brzuchu, a przy okazji był niezwykle skuteczny, były efekty. Nie chcę obecnie negować niczyjej pracy, ale powinniśmy sobie bardziej pomagać i łączyć siły. Te trzy ostatnie lata były rzeczywiście trudne, bo administracja rządowa i większość parlamentarna raczej skupiała się na tym, że wszystko dzieje się źle. Mam o to do nich pretensje. Że nie potrafimy wykorzystywać szans. Powstał taki czarny obraz województwa. Apelowałem o to, aby próbować przyznać, że tam gdzie się coś udaje, to trzeba umieć to przyznać. Tam gdzie są błędy, to wskazać je. Ale nie atakować ad personam. Bo obecnie, co jest słabą stroną, atakuje się człowieka, a nie jego postępowanie. Czułem się szczuty przez to środowisko przez ostatnie lata, w dużej mierze fałszywymi zarzutami. Powstało wrażenie, że zwróciliśmy środki europejskie.

– A propos, zarzuca się panu, że nie wykorzystaliście funduszy, jakie otrzymaliśmy z Unii Europejskiej.

– To jest bzdura. Kardynalne kłamstwo, które powtarzane wielokrotnie weszło do powszechnego obiegu. Cały czas próbuje się tworzyć takie wrażenie, że fundusze były niewydatkowane, ba… nawet wróciły do Unii Europejskiej. Absolutnie jest to nieprawdą. One nigdy nie były zagrożone. Świadomie i w uzgodnieniu z samorządami lokalnymi przyjęliśmy taki system, że decydujemy się na dwuetapowość oceny projektów, czyli tzw. preumowy. I polegało to na tym, że prosiliśmy samorządy najpierw o uproszczone dokumentacje i dopiero kiedy wiedziano, że są na to fundusze, to zlecało się całą dokumentację, która kosztuje często kilkaset tysięcy złotych. I obliczyliśmy, że przez taki system, który owszem całą procedurę nieco wydłużał, w naszych samorządach mogło zostać około 50 milionów złotych. I było to uzgodnione z samorządowcami. Nawet ci związani z PiS-em mówili swoim parlamentarzystom, że to jest dobre, bo przecież zostają im pieniądze na kolejne inwestycje. Ale tego nie słuchano i to były krzywdzące zarzuty. Wiedzieliśmy, że dynamika jest taka, że jeśli kontaktujemy te pre – umowy, to one za dwa, trzy miesiące przechodzą w umowy. Te kłamstwa, które istnieją w przestrzeni publicznej, na pewno dały w jakimś sensie sukces partii rządzącej tu, w regionie. Nie potrafiliśmy tego jako PSL skutecznie odbić, ale dzisiaj z dumą mogę powiedzieć, że fundusze w ponad 70 procentach są już w postaci umów czy pre – umów. Jeszcze w kwietniu będzie nabór na projekty dla przedsiębiorców, duże pieniądze, około 100 milionów złotych, dlatego przy okazji zapraszam przedsiębiorców ze Starachowic, żeby korzystać z tych środków. Podsumowując, obyczaje i sposób prowadzenia polityki, język debaty publicznej rzeczywiście się popsuły, straciły na jakości.

– Po tych 12 latach, nie myślał pan, panie marszałku, by to wszystko rzucić, skończyć z polityką?

– Moja żona ze mnie żartuje, gdy tak sobie narzekam pod nosem, że nawet, jakbym przestał, to po kilku dniach zacząłbym szukać przestrzeni społecznej, gdzie mógłbym działać. To pewnie geny po mojej babci, która była społeczniczką, pomagała ludziom. Bo ja bardzo lubię działać. Daje mi to wielką satysfakcję. Myślę, że niezależnie od tego, co będę robił w życiu, to tej społecznej żyłki nikt mi nie zabierze.

– To już nawiązał pan trochę do następnego pytania. Cofnijmy się te trzydzieści parę lat. Czy od momentu kiedy, młody człowiek zaczyna kształtować się na świat, myślał pan o tym, że wybierze drogę polityki, działalności publicznej?

– Miałem podglebie, które wyniosłem z domu, bo wychowywałem się z dziadkami. Babcia z dziadkiem mieli ośmioro dzieci, z czego moja mama była najmłodsza. Do nas zjeżdżała się cała rodzina. I te rodzinne relacje do dzisiaj są dla nas bardzo ważne. Absolutnie, nie miałem przywódczego charakteru. To się zadziało w jakimś procesie kształtowania człowieka. Osobą, która nakierowała mnie na działalność był kolega ze wsi, który wciągnął mnie do Ochotniczej Straży Pożarnej, do Związku Młodzieży Wiejskiej. I tam dorastałem do funkcji lidera. I to nawet nie jest tak, że ja tego chciałem, to ludzie, z którymi współpracowałem pchali mnie do przodu. Nawet z tym moim marszałkowaniem było trochę tak, że choć miałem dobry wynik, to na początku nie widziałem się w tej roli. To radni mówili, że choć miałem wtedy 32 lata, to mam próbować, bo zdobyłem zaufanie ludzi. To ludzie mnie bardziej mobilizowali, niż ja sam siebie. I praca w Sejmie, z niewidomym posłem. To była moja pierwsza praca. Poseł Tadeusz Madzia potrzebował asystenta i w 1996 roku, w ramach pierwszej pracy trafiłem właśnie na Wiejską. To był ten moment, gdy chodząc na obrady zacząłem wsiąkać w te struktury. Zacząłem udzielać się mocniej w Polskim Stronnictwie Ludowym i taki był początek. Ale to było ciągle dorastanie, proces. Jeśli ktoś mnie uważa za lidera, to bardziej takiego partycypacyjnego. Zanim podejmę finalnie decyzję, lubię pytać ludzi. I dlatego uważam, że mamy z prezydentem Materkiem wiele wspólnego w sposobie zarządzania. Może czasami za długo trwają te wszystkie procedury, ale jest to lepsze niż autokratyczne narzucanie ludziom, co mają robić.

– Zawsze ta zielona koniczynka była w sercu?

– Poglądy mam konserwatywne, pod względem szacunku do historii i tradycji. W naszej rodzinie są działacze Armii Krajowej. Brat babci został zamordowany w Nowym Korczynie za udział w partyzantce. Dziadek był ułanem w 13 Pułku Ułanów Wileńskich i brał udział w kampanii 1920 roku. Te tradycje państwowe, patriotyczne u nas są. Myślę, że wzorce babci, to że do 18. roku życia byłem lektorem i grałem w scholi kościelnej, jeździłem jako animator na oazy, to mnie uformowało. I na pewno, w sferze wartości było dla mnie ważne. Natomiast to, że wywodziłem się ze środowiska wiejskiego, gdzie PSL było najmocniejsze, pchnęło mnie w tę stronę. Zawsze też w PSL podobało mi się to, że ta partia starała się ludzi łączyć a nie dzielić. Mając 22 lata zostałem prezesem gminnym PSL-u, a potem to nabrało tempa. Zostałem najmłodszym, bo 24 – letnim radnym powiatowym. Ludzie, którzy pamiętają tę partię sprzed 20 lat, może trochę przaśną, to dziś widzą, że jest to zupełnie inna struktura. Funkcjonują w niej różne grupy, trzon ludowy wiejski jest bardzo ważny, ale z PSL-em związała się również inteligencja, przedsiębiorcy, nauczyciele, służba zdrowia. Nie jesteśmy już formacja klasową. Łączymy tradycję z nowoczesnością. A osoba lidera, Władysława Kosiniaka – Kamysza to najlepiej pokazuje, lekarza, który jest szefem partii ludowej.

– Jest pan konserwatystą, ale czy otwartym na inność, na różnorodność?

– Myślę, że tak. Ja do tego dorastałem. Spotykam się z ludźmi, szanuję ich poglądy. Widzę ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, a jedną pomocą jest procedura in vitro. Wie pani, kolega mi powiedział: – Adam, tak nie można, gdyby nie in vitro, to nie miałbym dziecka, a zobacz jacy jesteśmy szczęśliwi. Ta procedura nam pomogła. Dlatego moje stanowisko ewaluowało.

– Prezes Kosiniak – Kamysz to przyjaciel, kolega, czy jednak szef?

– Szef, przyjaciel, osoba, która mi imponuje. Poświęcił się całkowicie służbie publicznej, podobnie jak Marek Materek poświęca się Starachowicom. Szacun. Godzina 23.00, on wrzuca jakąś wiadomość, nowy pomysł. Albo wcześnie rano. To mi imponuje. Podobnie jak Władek, który poświęcił swoje życie osobiste, swój czas…

– I będzie niedługo tatą…

– A tak. I jest bardzo szczęśliwy z tego powodu. Widzę dumę i to, że ten fakt wewnętrznie go wzmocnił. Władek pokazuje, że na PSL nie można już patrzeć przez stereotyp tej partii, jaka była kiedyś, ale formacji, która ma europejski charakter, ma ofertę dla każdego środowiska.

– Nie boicie się tego, że ta zmiana, to otwarcie na inne środowiska niż wiejskie, spowoduje odpływ tego twardego elektoratu?

– Zawsze istnieje ryzyko. Ale elektorat wiejski też się zmienia, wieś się zmienia. Ostatni raport dotyczący polskich wsi pokazuje, że dziś tylko około 10 procent ludzi mieszkających na wsi żyje tylko i wyłącznie z rolnictwa. My w warstwie programowej zawsze będziemy o rolników i rolnictwo walczyć. Ale widzimy też proces zmiany charakteru wsi, która staje się różnorodna. Mieszkanie na wsi traktowane jest dwuzawodowo. (…) To takie osoby, które żyją na wsi, ale wykonują różne zawody i mają przez to inne patrzenie na świat, inne aspiracje. Rozwijają przedsiębiorczość wiejską. Dlatego nie ma innej drogi, jeśli jako partia chcemy funkcjonować dalej, to musimy się zmieniać i formułować również ofertę programową do tych środowisk. Jesteśmy partią kojarzoną z prowincją i dlatego w rozmowach o rozwoju i inwestycjach zwracamy uwagę na to, że nie tylko Warszawa, Kraków czy Gdańsk, ale też mniejsze miasta, miasteczka czy wsie są na mapie Polski i mają swoje potrzeby. Chcemy mówić ich głosem.

– Nigdy nie ciągnęło pana do polityki ogólnopolskiej? Do Sejmu? Region zawsze był ważniejszy?

– Myślę, że tak. To był proces. Na konwencji w Warszawie powiedziałem ostatnio, że po 12 latach bycia marszałkiem uznałem, że należy zrobić kolejny krok, czyli kandydować do Parlamentu Europejskiego. Ale wcześniej, gdy byłem marszałkiem, to było to dla mnie najważniejsze. Samorząd dawał poczucie wpływu, że będąc w gminie, w powiecie, czy w Urzędzie Marszałkowskim, to w czasach, gdy są fundusze można coś zmieniać. Tego nikt mi nie odbierze. Praca marszałkowska dawała mi wiele okazji do tego, by włączyć się z jakąś aktywnością, zainicjować coś, wesprzeć proces ważny dla regionu. To że można mieć na coś wpływ, daje poczucie sensu tej pracy.

– Dlaczego województwo świętokrzyskie w rankingach atrakcyjności pod względem inwestycji, czy mieszkania jest jednym z najmniej atrakcyjnych regionów? Co ma na to wpływ pana zdaniem?

– To wynika przede wszystkim z historii, bo gdy popatrzymy na te rankingi, to ewidentnie widać granice zaborów. Polska wschodnia czy Kongresówka. Widać to w mentalności, mniejszej skłonności do współpracy. O ile w Polsce zachodniej widać większą otwartość na dialog, u nas widać większą nieufność. Przez co wiele okazji pewnie ucieka. W PRL-u główne inwestycje szły do Polski zachodniej czy centralnej, nas pomijano. Trzeba pamiętać z jakiego miejsca startowaliśmy, jaki był punkt wyjścia, gdy otworzyły się możliwości europejskie. Inne, bogatsze regiony mogły przeznaczać środki na nowe technologie, na projekty naukowo – badawcze, a u nas były instalowane wodociągi w Nowej Słupi czy Bielinach, bo ludziom jeszcze 15 lat temu dowożono wodę beczkowozami. Musieliśmy i musimy nadrabiać dalej wieloletnie zapóźnienia rozwojowe. Paradoksem jest to, że pomimo inwestycji i starań ludzi, choć widać rozwój, nie można zapomnieć, że inne województwa też mają te fundusze i idą do przodu. Największym problemem regionu jest depopulacja i migracje. I nie da się ukryć, że ludzie wyjeżdżają za większymi pieniędzmi. By zostali, trzeba wspierać lokalną przedsiębiorczość. Potrzeba miejsc w przedszkolach, aktywności developerów, bo miasta nie udźwigną same kwestii mieszkaniowych, wsparcia edukacji poprzez podnoszenie atrakcyjności szkół m.in. zawodowych i uczelni tak, by był to prestiż. Bo jeśli młodzi wyjeżdżają, to w większości nie wracają.

– Bo muszą wrócić do miejsc, gdzie będzie praca i gdzie będzie możliwość zakupu czy wynajmu mieszkania.

– No właśnie. I tu się zamyka to koło. Jeśli będą te oferty, to oni będą wracać. U dużej liczby ludzi jest chęć powrotu do korzeni, ale muszą mieć tę ofertę, którą trzeba budować.

– Często pan bywa w Starachowicach?

– Nie tak często, jak bym sobie tego życzył.

– Widziałam. Ostatnie dni to były wizyty w Krakowie, w Kielcach…

– Gdy przychodziłem do Starachowic do pracy to jeszcze nie wiedziałem, że będę kandydował w wyborach. I to wymaga ode mnie większej dyscypliny. Jak już przyjadę do Starachowic to siedzę do oporu. Można powiedzieć, że dwa dni robocze robię w jednym dniu. Staram się pracować zdalnie, jestem w ciągłym kontakcie z prezydentem Materkiem. Taki zadaniowy system pracy. Ale spotykam się z ludźmi, biorę w każdą środę udział w spotkaniu kierownictwa, by mieć najważniejszy przegląd spraw, tematów.

– To jak to było z tą „dwójeczką” na liście do Europarlamentu?

– Prezes Kosiniak – Kamysz mówił, że mamy być wszyscy gotowi do startu. W lutym pojawiła się informacja, że mogę być brany pod uwagę. Cieszę się, że wynegocjowano dobrą pozycję na liście. Mam nadzieję, że uda mi się z moim programem dotrzeć do mieszkańców regionu, bo tu przez 12 lat pracowałem i ta rozpoznawalność jest mi dana na starcie. Teraz muszę zmobilizować i przekonać do siebie mieszkańców pokazując to, co udało się zrobić i na czym chcielibyśmy się skupić w przyszłości. Czuję, że są szanse. W ostatnich wyborach w regionie udział wzięło około 230 tysięcy osób, teraz spodziewam się, że frekwencja może być wyższa. To wymaga mobilizacji i pracy, mojej i sztabu, a także życzliwych mi ludzi. (…) Ta kampania sprowadza się do rywalizacji dwóch obozów politycznych. Pojawiają się pytania, dlaczego PSL nie startuje sam. Mamy świadomość, że przy tym systemie liczenia głosów tylko połączenie sił daje możliwość rywalizowania o mandat w Europarlamencie. Faktem jest, że w przypadku tych wyborów łatwiej się porozumieć, są wspólne cele. Jesteśmy z Platformą Obywatelską w Europejskiej Partii Ludowej i z tego też to wynikało. Dlatego utworzyliśmy Koalicję Europejską.

– Ale kampanię prowadzicie wspólnie? Widział się pan już z pozostałymi osobami z listy?

– Tak. Widziałem się na konwencji Europejskiej Partii Ludowej w Warszawie, teraz ogólnopolską mamy w sobotę (6 kwietnia – przyp. red.). Ale PSL prowadzi trochę autonomiczną kampanię, chcemy pokazać, że w tej dużej koalicji jesteśmy taką kotwicą konserwatywną, takim prawym skrzydłem.

– Jest pan świadomy, że ma bardzo duże szanse?

– Czuję przez skórę, że mam szansę.

– A myślał pan kiedykolwiek, że ta Bruksela będzie tak blisko? Że nadarzy się okazja, by zdobyć mandat europosła?

– Nie. Choć od ośmiu lat jestem w Komitecie Regionów, to jest parlament europejski samorządów. Średnio na dwa miesiące jeżdżę do Brukseli, mamy obrady w Parlamencie Europejskim.

– No dobra, to jeszcze raz. Dzwoni Kosiniak – Kamysz i mówi: – Adam, dwójka na liście – a pan?

– Nie, nie mówił dwójka, powiedział: – masz iść do parlamentu. A ja mu na to: – prezesie, zmiłuj się.

– I…? Było okej, czy daj mi się zastanowić?

– Zdecydowanie: daj mi się zastanowić. Rozmawiałem też o tym z posłem Czesławem Siekierskim, bo z mojej perspektywy miałem poczucie, że to trochę nie fair w stosunku do niego. Powiedziałem mu o tym, że taka propozycja jest, poseł to przyjął. Uznano, że kogo można skierować na Podkarpacie, jeśli nie z najdłuższym stażem i doświadczeniem europosła. Nie do końca był zadowolony, że nie jest na małopolsko – świętokrzyskiej liście, ale walczy, stara się. Dla mnie ta lojalność jest bardzo ważna, dlatego miałem poczucie dyskomfortu.

– A żona?

– A żona mnie wspiera od dawna. Chyba już się pogodziła z tym, że nawet jak jestem w domu, to głową jestem gdzieś indziej i myślę o sprawach publicznych. Wspiera mnie bardzo.

– A co powiedział pana pracodawca, Marek Materek?

– Marek Materek bardzo mnie zachęcał. Sam też ma doświadczenie, bo przecież pracował dla Róży Thun i wie, jak pracuje Parlament Europejski. I traktuje to jako inwestycję nie tyle moją osobistą, ale i Starachowic.

– Ale chyba jest świadomy, że może pana stracić tu w urzędzie?

– Myślę, że tak. Ja będę prosił, żeby robił wszystko, bym mógł tam trafić, nawet po to, by pokazywać to, co dzieje się w Starachowicach. To jest dla mnie fenomen rozwojowy, choć na razie nie widać wszystkich jego efektów. Realizacja projektów, które już są zaplanowane plus to, co realizowane może być z nowej prognozy budżetowej, czyli projekty dotyczące szeroko rozumianej jakości życia, środowiska, odnawialnych źródeł energii czy likwidacji smogu poprzez likwidację pieców, no i oczywiście tematy komunikacyjne, mieszkaniowe zmienią to miasto.

– Czym się pan m.in. zajmuje teraz, jako pełnomocnik?

– Staram się realizować tematy edukacyjne i społeczne. Zależy mi, żeby wdrożyć „dwujęzyczne Starachowice”. Kiedyś realizowaliśmy taki program „dwujęzyczne Świętokrzyskie”, ale myślę że trzeba zejść niżej, wciągnąć w to przedszkola, szkoły, żeby wytworzyć kulturę dwujęzyczności.

– Zagrajmy w „otwarte karty”

– Okej.

– Jest pan rodziną z Markiem Materkiem? Bo od poprzedniej kadencji ten wątek „rodzinny” wisi nad wami? Jest pan jego wujkiem?

– To jest absolutna bzdura. Podobnie, jak to, że Marzena Marczewska jest ciocią czy matką chrzestną. Absolutnie nie. Takie „informacje” tłumaczyłyby wiele spraw i układałyby się w jakąś historię komuś w głowie.

– Siedząc przede mną i patrząc mi w oczy nie potwierdza pan tych rewelacji?

– Nie jestem wujkiem Marka Materka.

– Czyli Jerzy Materek lub jego żona nie są z panem rodziną?

– Absolutnie nie.

– A jak długo panowie, pan i prezydent Materek się znacie?

– Ja go poznałem jako działacza Platformy Obywatelskiej. Wówczas jeszcze studenta. W momencie, gdy został wyrzucony z PO, zachęcałem go bardzo, by startował w wyborach. Widziałem, że ma potencjał i jest takim „zwierzęciem” politycznym. Ale wie pani co, on czasami przy tym jest nieostrożny. Chciałby wszystko od razu zrobić, nie ma w nim cynicznego gracza politycznego. U polityków przeważnie jest taka kalkulacja, czyli: nie zrobię nic, na czym choć troszkę mogę stracić. Marek tak nie kalkuluje, w nim jest ta pozytywnie rozumiana obsesja. Jadąc z nim samochodem przez miasto widać to jego zaangażowanie. Widzi wywalony kosz – dzwoni do służb miejskich, śmieci – dzwoni i dopinguje. Przygotowany jest do tych środowych spotkań z kierownikami, odpytuje ich z działań, jakie ci wykonali.

– Jest pan doświadczonym samorządowcem, doświadczonym politykiem, nie wkurza pana, że trzydziestolatek jest pana szefem?

– Nie. Ale ja wiem, że wielu moich kolegów samorządowców pytało Marka, czy nie boi się mnie zatrudnić, bo się narazi obecnie rządzącym. I on powiedział, że nie, bo każdy może być w takiej sytuacji. A zatrudnia mnie bo uważa, że Starachowicom może przydać się moje doświadczenie. On zrobił takie samorządowe rekolekcje dla tych innych samorządowców, którym zabrakło odwagi. A Marek Materek miał tę odwagę. I tego mu nigdy nie zapomnę.

– Zarzuca się panu, że pan do starachowickiego magistratu przyszedł dla tych dodatkowych cyferek na koncie. Pensja uczelniana, dieta radnego, po co panu kolejna funkcja?

– Chcę być samorządowo aktywny. Ja to traktuję jako wyzwanie i jako swoją pracę. Staram się dawać, jak najwięcej z siebie, dzielić się pomysłami. A myślę, że moje doświadczenie może być użyteczne dla miasta. Prezydenta na sesji również pytano, czy nie było kogoś ze Starachowic na to miejsce. Są różne osoby, z różnymi kompetencjami, ale uważam, że moje doświadczenie może być użyteczne dla miasta. Staram się wnosić jakąś dodatkową wartość do bardzo kreatywnego zespołu ludzi, który prezydent Materek tu zbudował. To świetna drużyna i to mnie urzeka, że nie boją się zgłaszać szefowi swoich propozycji. (…) Pewnie jest tak, że moi przeciwnicy woleliby mnie widzieć gdzieś pod budką z piwem, jako sfrustrowanego człowieka, który nie może sobie znaleźć miejsca, ale pracowałem tyle lat na to, żeby zbudować swoją reputację i mieć kompetencje, które są użyteczne. Cieszę się, że dostałem taką propozycję i mam nadzieję, że uda mi się potwierdzić, że to był dobry krok dla miasta.

– Starachowice nie były zapchajdziurą na drodze do Brukseli?

– Mnie to imponuje, że tu jestem. Są ludzie, którzy pytają, czy to nie ujma dla marszałka pracować dla gminy. Prezydent też po tygodniu zapytał, czy nie mam z tym problemu. A ja państwu odpowiadam, że jestem dumny, że mogę sprawdzić się na tym poziomie, na szczeblu, gdzie jest się bliżej ludzi. Bo łatwiej pracuje się, jako marszałek województwa niż prezydent miasta. Do marszałka przychodzą urzędnicy, samorządowcy, rzadziej obywatele. Natomiast tu się przychodzi z dziurą w drodze, z pękniętą ścianą w lokalu komunalnym, z problemami, które dotykają ludzi bezpośrednio. Myślę, że mogę coś wnieść dla tego miasta, jest to wyzwanie, by sprawdzić się w nieco innej niż do tej pory formule.

– Gubi się pan na ulicach Starachowic?

– Ja już tu wcześniej przyjeżdżałem.

– Czyli nie jest to obce miasto, które poznaje pan dopiero teraz?

– Bywałem tu zawodowo. A z ciekawostek. Byłem tu również na dożynkach wojewódzkich, które odbywały się na stadionie. Nie byłem jeszcze wtedy w Urzędzie Marszałkowskim, tylko w organizacjach młodzieżowych. I pamiętam te dożynki, byłem wtedy w Starachowicach z malutkim synkiem. A starachowickie ulice kojarzę poprzez inwestycje, które były lub są do wykonania.

– Spotkał się pan już ze wszystkimi współpracownikami?

– Z tymi, z którymi na co dzień współpracuję – tak. Z tej dziedziny szeroko rozumianej edukacji, kultury, inwestycji spotkania się odbyły i nadal się odbywają.

– 27 maja, gdy ewentualnie okaże się, że zdobył pan mandat do Parlamentu Europejskiego trudno będzie pożegnać się z funkcją pełnomocnika?

– Tak. Chciałbym zakończyć te projekty, które rozpocząłem, jak projekty edukacyjne czy prace zespołu pracującego nad marką miasta. Jeśli prezydent wyrazi zgodę, to ten czerwiec chciałbym jeszcze przepracować i nie zostawiać rozgrzebanych tematów. Ale poczekajmy, nie można zapeszać. To mieszkańcy o tym zdecydują.

– Poleci pan kogoś na swoje miejsce?

– Nie. To jest decyzja prezydenta i to on ją podejmie.

– Popularne ostatnio pytanie do kandydatów. Do you speak English?

– (śmiech) Yes, a little bit.

– Panie marszałku, będzie pan bywał w regionie, w Starachowicach jeśli uda się zdobyć mandat? Czy niestety, jak większość europarlamentarzystów zapomni pan?

– Nie wyobrażam sobie, żebym nie był aktywny. Tak rozumiem swoją rolę. Nawet, jak nie byłem jeszcze marszałkiem, to zawsze gdzieś byłem. Działaczem, organizatorem. Próbuję sobie przypomnieć czas, kiedy nie działałem. Nie wyobrażam sobie tego nie robić. A Starachowice… One są skazane na sukces.

– A to ciekawe. Dlaczego?

– Z taką grupą pełną kreatywności i energii, przy tych inwestycjach, które już są przyznane. A gdy będą już zrealizowane, to będzie zupełnie nowe miasto. I wtedy przyjdzie czas na kolejny bieg. To robota na 10, 15 lat. Zrobić takie miasto, do którego ludzie będą chcieli przyjeżdżać, to będzie ten kolejny etap. Starachowice mają potencjał i gospodarczy i przyrodniczy. Dużą wartością jest ściślejsza współpraca miasta i powiatu. Przykład? To, że do komitetu budowy marki miasta przyjął zaproszenie starosta. To ważny moment, że starosta i prezydent mogą i potrafią ze sobą współpracować.

– W ramach kampanii założy pan kapelusz góralski?

– (śmiech) Nie wykluczam, już go miałem kiedyś na głowie. Mam swój kapelusz honorowego sołtysa Niegosławic, jestem z niego dumny i się tego nie wyprę.

– Teraz ciężkie dni i tygodnie. Skąd brać czas na pracę dla Starachowic? Znajdzie go pan?

– Zdecydowanie tak. Już mam rozpisane plany na kilka najbliższych dni. Oczywiście, będzie czas, że będę wirtualnie kontaktował się z prezydentem i współpracownikami, ale moja praca nie polega na pilnowaniu biurka, ale na efektach.

– Polityka jest zajmująca. Pozwoli pan swoim dzieciom iść w tym kierunku? Co pan powie, gdy usłyszy: – tato, będę politykiem.

– Co powiem? Jeśli macie siłę i twardy kręgosłup to próbujcie. Nie chciałbym gasić zapału społecznego, chciałbym by mieli wrażliwość, empatię i chcieli udzielać się społecznie. To jest zadanie nas wszystkich, abyśmy wypracowali w sobie skłonność do działalności społecznej, do pomagania.

– Zielona koniczynka na zawsze?

– Myślę, że tak…

Dziękuję za spotkanie i rozmowę.

Anna Ząbecka