Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
Informacje sportowe 9 kwietnia 2019

O walce, pasji i marzeniach

Musi być szybko, najlepiej pomiędzy jednym uderzeniem a drugim. No, może niezupełnie, ale prawie. Zacznijmy jednak od początku...

Ulica Grzybowa tętni życiem. Podjeżdżają samochodami, przychodzą pieszo, zależnie od wieku, sami lub z rodzicami. Gwar, szum, młodsi się plączą, starsi zaczynają rozgrzewkę – chaos jest jednak pozorny, bo nie ma tu miejsca na przypadkowość. Cel, który przyświeca bywalcom klubu jest jeden – sukces. Jedni sięgają po najwyższe laury, inni przychodzą zadbać o formę, a łączy ich walka z własnymi słabościami.

Walka z trenerem nadaje treningowi smaczku

Starachowickie Gimnazjum nr 3, to szkoła, w której niedługo naukę zakończy zawodniczka Dragona – Alicja Siebyła. Urocza i rozgadana nastolatka. Do Dragona trafiła za sprawą brata, który… nie chce jej zdradzić, co mówi mówi sędzia do zawodnika w narożniku. Postanawia zatem sama się tego dowiedzieć. Siedem lat temu rozpoczyna się jej wspinaczka na szczyt. Dziś to ona ma sukcesy, brat swoją przygodę ze sportem zakończył.

– Nie lubię mieć przerw, po ostatniej chorobie jest mi się ciężko zebrać – opowiada nakładając owijki. – Im więcej mam na głowie, tym lepiej jestem zorganizowana – opowiada, gdy pytam, jak godzi 4 czy 5 treningów w tygodniu z nauką, domem i spotkaniami z przyjaciółmi, również nie związanymi ze sportem, z przyjaciółką, którą zna od zerówki ukończyła kurs ratownika wodnego, inna jeździ z Alą na zawody, żeby jej kibicować – dla swoich dziewczyn gwiazda Dragona zawsze znajdzie czas.

– Czasem przykro, że kiedy jest jakaś impreza, na przykład urodziny przyjaciółki, to ja jestem na zgrupowaniu – mówi Ala i dodaje, że coś za coś, w końcu przecież nie zdarza się to znowu tak często.

Sport to jej pasja.

– Co mi dały treningi – zamyśla się na chwilę. – Ukształtowały mi charakter na pewno, jestem bardziej skupiona i uważna. Walcząc jestem zdana sama na siebie i to mi się bardzo podoba – dodaje ta drobna dziewczyna.

– Jest nas co raz więcej, nas, znaczy dziewczyn – śmieje się za chwilę. – Wiele osób myśli, że kickboxing to męski sport, a to nieprawda – dodaje i… ma rację. Żywy przykład jak bardzo kobiecy może to być sport siedzi właśnie przede mną.

Filipa Zawłockiego najbardziej cieszy czas na siłowni

Jaki cel ma Alicja Siebyła? Zdobyć za dwa lata mistrzostwo świata, a za rok mistrzostwo Europy. Przede wszystkim zaś…

– Za chwilę piszę egzamin gimnazjalny, chciałabym dobrze na nim wypaść, chcę się dostać do dobrego liceum i najważniejsze to robić to, co kocham. Po pierwsze, dalej trenować a kiedyś, po studiach, pracować tak, by sprawiało mi to frajdę. Nie chcę się męczyć – mówi skupiona.

Już w biegu prawie dodaje, że trener jest super, że świetnie się z nim rozumie, dba, promuje, wymaga bardzo, ale docenia bardziej. Dla Alicji Marek Jasiński to trener przyjaciel.

Julka Wojtan, to klubowa koleżanka Ali. Wysoka, smukła, żywe srebro, nawet jak siedzi to się rusza. Ta cała w uśmiechu 15 – latka trenuje od niespełna dwóch lat, ale to nie są jej jedyne doświadczenia sportowe. Ma za sobą grę w siatkówkę, koszykówkę, pływanie, ale również taniec i śpiew. Aktywna jak mało kto, musiała w końcu dokonać wyboru. I wybrała kickboxing.

– Treningi i zawody to morze satysfakcji – mówi z prędkością karabinu. – Sport pomaga mi się uporządkować, lepiej się czuję sama ze sobą, a poza tym największego kopa daje mi fakt, że sama osiągam swoje cele.

Przed Julką wyzwanie, start do szkoły średniej. Ma na oku I Liceum Ogólnokształcące w Starachowicach.

– Zdaję sobie sprawę, że teraz będzie trudniej, do tej pory jakoś godziłam treningi, szkołę, dom. Mam nadzieję, że będzie podobnie – mówi w rozmowie z GAZETĄ.

Na pytanie o przyjaciół odpowiada, że poza sportem, to bardzo małe grono, natomiast na pewno jej przyjaciółkami są Ala Siebyła i Patrycja Pawikowska.

Czy aby na pewno to słaba płeć?

– Treningi zbliżają, dużo nas łączy, rozmawiamy o wszystkim – dodaje na zakończenie i oczywiście pędem biegnie na salę.

Siedzący przede mną 18 – latek, to Adrian Gunia. Utytułowany, skupiony na sporcie, nauce, jak ma czas to i na książkach. Spontaniczny w planowaniu czasu.

– Nie mam problemu, jeśli chodzi o łączenie sportu, nauki i życia towarzyskiego. Chociaż to ostatnie to mam raczej spokojne – mówi ze skupieniem Adrian.

Taki właśnie jest, skupiony i zamknięty w sobie.

– Nie jestem i nigdy nie byłem typem imprezowicza, więc nie jest to coś czego by mi brakowało – odpowiada, gdy pytam, czy jest coś z czego musiał dla sportu zrezygnować.

– Zdarza mi się, pomiędzy zawodami, ulec pokusie jakiegoś niezdrowego jedzenia, ale właściwie to unikam tego, co mogłoby zaprzepaścić efekt treningów – dodaje.

Czas wolny, jeśli ma, spędza w małym gronie osób głównie z klubu, albo czyta. Fan fantastyki i książek przygodowych obecnie skupia się głównie na nauce, przed nim matura i wybór studiów.

– Chciałbym się dostać do Warszawy, to moja szansa zarówno na rozwój intelektualny jak i sportowy – wylicza złoty chłopak Dragona i dodaje, że sprecyzowanych planów na przyszłość nie ma. Jedyne co jest w tej chwili jest ważne, to sport i matura.

Marek Jasiński mówi mówi o nim: spokojny, cichy, waleczny. To samo powiem o Adrianie i ja. A on sam uśmiecha się i mówi, że „trener jest spoko, zawsze w gotowości, żeby pomóc, ale jak mam jakiś ciężki temat w życiu, to albo go zostawiam dla siebie, ale idę do rodziców. Nie lubię zbyt dużo mówić – dodaje, co da się zauważyć.

18 – letni mistrz, filar klubu Dragon, pełen pasji, wytrwały, skupiony, wyobcowany – Filip Zawłocki. Uczeń technikum prowadzi bardzo bujne życie… sportowe.

– Treningi mam około 8 czy 9 razy w tygodniu, nie mam więc czasu na życie towarzyskie. Spotkania z bardzo wyselekcjonowaną grupą przyjaciół traktuję jako nagrodę, na pewno raz w tygodniu staram się z nimi spotkać – mówi podczas rozmowy.

Marek „Dragon” Jasiński cieszy się wśród swoich podopiecznych dużym autorytetem

Ale to sport jest jego jedyną pasją.

– Bez sportu nie ma mnie – mówi i widać, że mówi poważnie. – Próbowałem się w MMA, ale to było nastawione wyłącznie na pieniądze, kickboxing to zajawka, pasja – opowiada i dodaje, że z MMA zrezygnował również z powodu problemów z plecami.

Nie żałuje. Tak jak nie żałuje potencjalnych „strat” na rzecz sportu.

– Imprezy i alkohol? – nie mam z tym problemu. Nie chcę się koloryzować więc powiem, że zdarza mi się wypić piwo, ale ogólnie alkoholu nie piję. To utrata kontroli, a tego nie lubię – mówi zdecydowanie.

Najlepszy smak ma dla Filipa to, co wymaga od niego zaangażowania. Jak sam mówi, potrzebuje wyzwań i adrenaliny, tak zresztą wygląda. Jakby szedł na starcie… z życiem, przyszłością…

– Czas, który mam dla siebie, jest dla mnie bardzo cenny, staram się go wykorzystać maksymalnie i jak najlepiej. Dla siebie – mówi z uśmiechem.

Przed Filipem wybory nowej drogi życiowej. Sam jeszcze nie wie, czy będą to studia, własny biznes czy może emigracja. Na pewno jego przyszłość to sport, walka, skoki na głęboką wodę, wyzwania, nowe przestrzenie, miejsca, gdzie rozwinie skrzydła… Tego mu życzy również jego trener i przyjaciel Marek Jasiński, o którym w rozmowie z GAZETĄ starachowicka sława powie, że mają świetny kontakt. Im obu na marce Dragon zależy najbardziej, obaj ją promują, obaj walczą o jej wysokie miejsce na sportowej mapie miasta, województwa i kraju.

Te kilka chwil spędzonych na rozmowie z podopiecznymi Marka Jasińskiego uświadamia, że są jeszcze ludzie, którzy potrafią się zakręcić na coś, w tym przypadku sport, i czerpać z tego satysfakcję i radość. Ci młodzi sportowcy każdego dnia ćwiczą hart ducha, kształtują charakter, szlifują swoje umiejętności, uczą się współpracy. Także polegania na sobie, pokonywania słabości. Każdego dnia udowadniają sobie i innym, że jeśli się chce, to można, a skoro można, to dlaczego nie spróbować wyrwać z tego życia więcej niż tylko szkoła – praca – dom…

Tego m.in. uczy ich ten, od którego starachowicka szkoła kickboxingu wzięła swój początek – Marek Jasiński. Pamiętając trudne lata swojej młodości wie, jak ważne jest, by młodzież znalazła swoje miejsce i jak ważne jest, by tym miejscem nie była ulica.

– Tworzyłem ten klub od podstaw, marzyłem, by ludzie, którzy u mnie trenują odnosili sukcesy – opowiada.

Do dziś pamięta, że pierwsze starty w zawodach, to porażki podopiecznych.

– Oczywiście, że niejednokrotnie podcinało mi to skrzydła, ale nigdy nie miałem dość tego, co robię. Niewiele zabierzemy z tego świata, bo niewiele tu przynosimy, ja chcę zostawić po sobie zadowolonych, pełnych pasji ludzi, takich, którzy w życiu odnajdą sens. Uczę zawsze, że tu nie ma przegranych, ten kto wyjdzie na ring wygrywa. Bo pokonał siebie, swój lęk – mówi GAZECIE.

Jestem lokalnym patriotą i dodaje, że pewnie mógłby być w innym miejscu i co innego robić, ale tu jest jego miejsce i ludzie, z którymi to miejsce tworzy. A tworzy z pasją i zaangażowaniem, co doceniają wszyscy, którzy się z Markiem kiedykolwiek zetknęli. Jest w tym rodzinnie sam, jego dwaj synowie ze sportem nie mają nic wspólnego.

– Najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju – mówi w zamyśleniu dodając jednocześnie, że bardzo synów swoich wspiera.

Odskocznią od sportu są militaria, biała broń to jego pasja. Nie bardzo chcę, przynajmniej na razie, dać mu czas na rozgadanie się o tym, ale i tak wtrącił, że kocha ten zaklęty w eksponacie czas… Poza tym Marek „Dragon” Jasiński, to fan audiobooków, kocha czytać, ale lubi również zamknąć oczy i zasłuchać w snutą głosem lektora opowieść.

Proszę, by opisał się w trzech słowach.

– Ale mi trudne zadania dajesz – śmieje się i wcale tego nie zrobi, ale powie o sobie, że jest zbyt ufny, wciąż wierzy w ludzi i nawet jeśli wie, że dominują wśród nich postawy roszczeniowe czy „niechciejstwo”, to on i tak nie chce się zmieniać.

– Cały czas nad czymś pracuję, nie tylko dla siebie, dla nich – macha rękę w stronę sali treningowej.

– Dla nich to robię…

A. Marciniak