Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 15 kwietnia 2019

Na innych łamach

                                   „Przegląd” nr 11

Każdy może być ministrem, ale nie każdy powinien – uważa prof. Jolanta Itrich – Drabarek, specjalizująca się w systemach służby cywilnej, z którą w „Nasi czy wasi?” rozmawiał Robert Walenciak.

W Polsce formalnie służba cywilna istnieje. Tyle że nie po to zdobywa się władzę, żeby nie można było wymieniać osób w administracji. Inna rzecz, że te zmiany są marnotrawieniem czasu. Wszak zanim nowa osoba wdroży się w obowiązki, mijają miesiące. To wyrzucanie pieniędzy podatników w błoto. Zresztą, jeśli jedynym kryterium przyjęcia do pracy jest wierność rządzącej partii, jakiego profesjonalizmu można się spodziewać? Belgowie i Niemcy od dawna mówią, że tania administracja, to nieprofesjonalna administracja. Chińczycy również uważają, że zła administracja blokuje rozwój gospodarczy, zamiast go przyspieszać. Politycy wymieniając urzędników dają świadectwo niezrozumienia istoty służby cywilnej. A jest nią wykonywanie projektów i programów każdego rządu, bez względu na opcję polityczną, byle to się mieściło w ramach demokratycznego państwa prawa. „Urzędnicy nie są moi, twoi, oni zawsze służą państwu i społeczeństwu. /…/ Słynna maksyma III Republiki Francuskiej: „Rządy i parlamenty odchodzą, administracja pozostaje”, ciągle jest w cenie.” W Polsce w porównaniu z innymi krajami to niewielka grupa – 120 tys. osób. Czy należałoby rozszerzyć ją również na samorządy terytorialne? Profesjonalizm w służbie cywilnej osiąga się po dekadzie pracy. By w sposób odpowiedzialny pokazywać uwarunkowania prawne, społeczne i gospodarcze danego projektu oraz bariery mogące uniemożliwić jego wdrożenie. Urzędnik nie może być więc „przyjacielem” polityków; następna władza go zmieni. PiS upartyjnił służbę cywilną. Tym samym upartyjnił państwo. Społeczeństwo takiemu państwu przestaje ufać, bo nie ma poczucia bezpieczeństwa prawnego, ciągłości. Nie szkodzi to jednak patronażowi, czyli łupowi partyjnemu. W Polsce jest zatem dalej, jak to w Europie Środkowo – Wschodniej.

 

                                 „Tygodnik Powszechny” nr 6

Politycy mają ekspertów za pięknoduchów. Eksperci mają polityków za ignorantów. Jakość naszej polityki jest proporcjonalna do znaczenia polskich think tanków – pisze Paweł Marczewski w „Nie musi być głupio”.

Tymczasem merytoryczna polityka w dłuższej perspektywie się opłaca. Daje politykom większą stabilność. Społeczeństwo zaś dostaje polityków bardziej kompetentnych. Takiej polityki nie da się jednak budować bez zaplecza eksperckiego. Pod tym względem jesteśmy bardzo ubodzy. Partie nękane przez braki kadrowe, stanowiska polityczne proponują właśnie ekspertom. I tak zostaje przekroczona cienka granica między ekspertami a politykami. Ekspert staje się politykiem z naukowym dorobkiem. Gorzej, że eksperci porzucają jednocześnie swoje przekonania i przyjmują poglądy zgodne z linią partii. Tak stało się z ministrem Piotrem Glińskim. „Z eksperta badającego rozwój polskiego społeczeństwa obywatelskiego zamienił się polityka piętnującego w publicznych wypowiedziach wybrane organizacje społeczne jako „niewłaściwe”. Który z polityków słyszał np. o CASE (Centrum Analiz Społeczno – Ekonomicznych)? Tymczasem to kopalnia wiedzy, jak można byłoby rozwiązać niektóre polskie problemy. „Jeśli opozycja chciałaby walczyć z rządem PiS nie tylko za pomocą zaklęć i sloganów, ale konstruktywnych propozycji programowych, w publikacjach CASE znalazłaby doby punkt wyjścia.” Innymi słowy rola think tanków, ich wielości, zdystansowania do polityków, może być nie do przecenienia.

 

                  „Polityka” nr 13

„Pieniądze biedy nie przegonią” – powtarza Juliusz Ćwieluch za swoją rozmówczynią, prof. Stanisławą Golinowską, badającą polską biedę od lat 70. Tyle że słowo „bieda” wtedy nie funkcjonowało. Mówiło się najwyżej o niskiej konsumpcji.

Obecnie dane na temat tego zjawiska publikuje GUS, szacuje się koszyki minimum socjalnego, minimum egzystencji i kryteria dostępu do pomocy społecznej. „Dziś biedni są bardzo mocno nastawieni na dorównanie w konsumpcji bogatszym. Ale jest to konsumpcja złej jakości, bo oparta na bezrefleksyjnej pogoni za powierzchownymi oznakami statusu materialnego. W efekcie największe telewizory najchętniej kupują biedni. Przy okazji zadłużają się po uszy /…/. Po pierwszym zastrzyku finansowym natychmiast zaczynają wydawać pieniądze, a po tygodniu okazuje się, że ich już nie ma.” I to nie dlatego, że było ich za mało, lecz źle planowano zakupy. Zarzuca się dzieci słodyczami ponad miarę, a później nie ma im co dać jeść na śniadanie. „Redystrybucja dochodów polegająca na „dawaniu” publicznych pieniędzy ma oczywiście sens, gdy chodzi o uzyskanie korzystnego efektu społecznego. W wyniku 500 plus skala dochodowego ubóstwa w rodzinach z dziećmi się zmniejszyła. /…/ Ale czy to oznacza, że biedne dzieci dostały takie same szanse, jak te z bardziej zamożnych domów? One nadal będą skazane na ograniczony dostęp do zdrowego żywienia, dobrej oświaty, kultury…” Na dodatek rodzice biednych dzieci mają mniejszą motywację do starań o lepszą pracę. Bieda ciągnie się od lat za mieszkańcami Lubelskiego i Świętokrzyskiego. Utrwaliła się, w czym udział ma zarówno niedorozwój ekonomiczny, jak i słabość instytucji. Dostając na talerzu rybę, następnego dnia nikt nie pójdzie jej złowić. Inaczej mówiąc, niewłaściwe i zbyt duże wsparcie ogranicza samodzielność. Oferowanie biednym ludziom tylko pieniędzy nie pozwoli ich dzieciom wydobyć się z ubóstwa. „Stale otrzymywana pomoc nie zwiększa aktywności, a raczej powoduje roszczeniowość.” Mądre państwo, angażujące do aktywności, a nie rozdające pieniądze, może to wyeliminować. „Potrzebne są dobre żłobki, powszechne przedszkola z właściwymi standardami żywienia i opieki. Niezbędna jest również szkoła z funkcją socjalną, czyli dobrą stołówką, bystrym psychologiem, wrażliwym społecznie nauczycielem. Wsparcia potrzebują matki, aby wróciły do pracy.”

 

                                                       „Forum” nr 6

Niemiecki kardynał, Gerhard Ludwig Muller, krytykuje w wywiadzie dla „Der Spiegel”, zatytułowanym „Ma granice nieomylny”, politykę papieża Franciszka wobec seksualnych nadużyć w Kościele.

Według niego, papież jest „otoczony ludźmi, którzy bardzo mało rozumieją z teologii i katolickiej nauki społecznej. Nie chcą też porzucić odwiecznej dworskiej mentalności. Taki lizus uważa każde słowo, każdą uwagę wypowiedzianą przez papieża prywatnie czy w wywiadzie za święte.” A to przecież nie ma nic wspólnego z nieomylnością. Ta przysługuje papieżom wyłącznie w sprawach wiary i moralności. Niemniej jednak, każdego nie pasującego do przyjętego modelu posądza się o spisek przeciwko Franciszkowi. „Papież jest prawomyślny. Przestrzega nauczania Kościoła katolickiego. Ma prowadzić Kościół drogą prawdy. Nie może ulegać każdej grupie, która przechwala się swoim postępowym myśleniem, i przeciwstawiać jej reszcie wspólnoty. /…/ Zwolennicy Franciszka jako jedną z głównych przyczyn nadużyć seksualnych w Kościele postrzegają klerykalizm, rozumiany jako despotyczne zapędy wysoko postawionych duchownych.” Co prawda, dla poparcia tej teorii nie ma wiarygodnych badań. „To potworny akt przemocy, który totalnie zaprzecza Ewangelii. Wykorzystywanie seksualne, zwłaszcza, nieletnich, nie jest wyłącznie problemem Kościoła /…/ Przyczyna leży w wypaczeniowym charakterze sprawcy, co nie ma nic wspólnego ze sprawowaną przezeń funkcją. Ale oczywiście są przypadki, kiedy duchowy autorytet przeradza się w polityczną władzę.” Ksiądz kardynał dostrzega powiązania między wykorzystywaniem seksualnym a skłonnościami homoseksualnymi. Posługuje się statystykami. „Ponad 80 proc. ofiar molestowania seksualnego wśród młodzieży to chłopcy w okresie dojrzewania lub krótko po. Z kościelnego punktu widzenia jest jasne, że kto nad sobą nie panuje, ten nie nadaje się na księdza. I na nic zda się umiejętność pięknego głoszenia kazań. Poza tym – moim zdaniem – nikt z woli Bożej nie urodził się homoseksualistą.”

 

                   „Nie” nr 11

PiS wymyśliło, jak wydać miliardy na walkę z problemem, który nie jest problemem – komentuje Tadeusz Jasiński w „Autobusie dla każdego”.

Chcąc przywrócić państwową komunikację gminom, PiS ma dwie drogi. Po pierwsze, może dotować samorządy, by zawierały umowy z przewoźnikami na dojazdy do wsi kilka razy dziennie. Niezależnie od tego, czy byłby tylko jeden chętny, czy kilku. Samorządy płaciłyby za takie wożenie powietrza ryczałtem. Musiałyby jednak powołać jednocześnie nowy wydział zatrudniający grupę specjalistów. Czyli 20 proc. dotacji budżetu poszłoby na rozkurz. Po drugie, może zbudować na nowo ogólnopolską sieć PKS z setkami oddziałów. Odkupić to, co po nim zostało. „To przynajmniej 30 mld w pierwszych dwóch latach. A potem 20 mld każdego roku przeznaczone na coś, co zrobi dobrze bardzo nielicznym zmotoryzowanym. 20 mld zł to tyle samo, ile ma pójść na „500 plus” na pierwsze dziecko dla ponad 3 mln rodzin. Nie ma co jednak wpadać w panikę. Przez ponad 3 lata PiS udowodniło, że mierzenie się z inwestycjami to nie jego specjalność. Reaktywacja autobusów na wsiach skończy się tak, jak Centralny Port Komunikacyjny czy „Mieszkanie plus”. Udawaniem – przewiduje autor.

 

          „Newsweek” nr 13

Ponad 70 proc. nastolatków LGBT ma samobójcze myśli. W Kielcach edukatorka dyskryminacyjna pomagała stworzyć takie miejsce, gdzie można otrzymać pomoc, porozmawiać, poczuć się swobodnie czy rozwijać swoje zainteresowania.

Członkowie Prowincji Równości spotykają się co tydzień. Najmłodsza osoba ma 14 lat, najstarsza – ponad 60. „Na pierwsze spotkanie przyszło sześciu chłopców i dwie dziewczyny, ale wielu gejów odpowiedziało negatywnie. Bali się, że to niepotrzebne afiszowanie się swoją orientacją seksualną, że im ciszej o LGBT, tym lepiej.” Bo orientacja seksualna może być nie lada problemem. Zwłaszcza na wsi. „Wiejska mentalność jest specyficzna: wszyscy o sobie wiedzą /…/. Inność jest aberracją. Kiedy trwał remont wodociągu, wśród pracowników firm był jeden czarnoskóry. Sensacja. Pierwszego dnia cała wieś chodziła do najbliższego sklepu, oddalonego o pięć kilometrów, a po drodze przystawali, żeby pogapić się na „czarnego” – opowiada rozmówca Jacka Tomczuka w reportażu „Nie mów, nie pytam”. Kiedy we wrześniu okazało się, że autobus, który dowozi dzieci do szkoły, prowadzi kobieta, wybuchła panika. /…/ Kilka lat temu w pobliskiej dyskotece doszło do gwałtu, wszyscy wiedzieli, kto to zrobił, ale panowała zmowa milczenia /…/. Raczej dostało się dziewczynie /…/. Policja i dziennikarze byli bezradni. To, co powie ksiądz, jest święte, a ci, którzy się z nim nie zgadzają, i tak chodzą do kościoła. Boją się reszty. /…/ Dlaczego to mówię? Żebyś poczuł, jakie to miejsce i co to znaczy tutaj inaczej wyglądać, zachowywać się, myśleć.” Na prowincji do wyautowania dochodzi przez przypadek. Gej żyje tam w ciągłym napięciu, przyzwyczaja się do kłamania i kręcenia. Każdy pragnie jak najszybciej wydostać się do większego miasta. Pół roku temu jeden z kielczan wywiesił w oknie tęczową flagę. Dla dodania otuchy wszystkim, którym wydaje się, że są jedynymi w Kielcach osobami LGBT. I … nikt nie zareagował agresywnie. „Może ten lęk jest w nas, gejach? Może gdybyśmy odważyli się ujawnić, nie musielibyśmy żyć w takim strachu. 17 lipca odbędzie się u nas pierwsza Parada Równości.” To dobry znak dla kielczan.

wybrała /ewa/