Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 14 maja 2019

Na innych łamach

 

                                  „Newsweek” nr 17-18

Bułgarski politolog Iwan Krastew, rozmówca Macieja Nowickiego, ogłosił „Koniec wieku imitacji”(tytuł wywiadu).

„Europa Środkowo – Wschodnia, która po 1989 r. chciała zbudować u siebie zachodnie instytucje i naśladować europejski styl życia, pogrążyła się w antyzachodnim resentymencie.” Zmierza w zupełnie inną stronę. Chce być sobą. Populiści fałszują rzeczywistość. Przekonują zdezorientowane społeczeństwa, że europejski model został im narzucony. Porównują Unię Europejską do Związku Radzieckiego, wprowadzającego komunizm w niegdysiejszych państwach satelickich. Zapominają dodać, że Zachód wcale na Wschód Europy nie czekał. Ten z własnej woli napraszał się Zachodowi. Chciał tak samo organizować gospodarkę, budować polityczne instytucje. Ale rola imitatora wyszła mu kiepsko. Bo imitatorzy zawsze mają poczucie niższości, zależności i urażonej godności. Konserwatywni Polacy nie chcą już Zachodu, bo – ich zdaniem – stracił „normalność”. Oznacza to, że zachodnie społeczeństwa stały się sekularne, składają się w sporej mierze z imigrantów spoza Europy, akceptują odmienność. W tej sytuacji również Polacy zachowują się jak histeryczne dziecko. Kocha matkę, lecz gdy ta zrobi coś, co się mu nie podoba, dochodzi do wniosku, że to już nie jego matka. Inna rzecz, że Europa rzeczywiście się zmienia. Najpierw dotknął ją wielki kryzys finansowy, potem fala uchodźców. Tyle że to nie migracja, lecz emigracja jest centralnym problemem polityki. Faktem staje się wyludnienie Polski, Rumunii czy Bułgarii. I nikt nie wie, jak to wyludnienie zatrzymać. Ba, poza opuszczającymi swój kraj, beneficjentami otwartych granic stały się… skorumpowane reżimy populistyczne. Ludzie nie stawiają im oporu. Wyjeżdżają! Żeby zmienić swoje życie. Populizm środkowoeuropejski ma dziś ten sam problem co realny socjalizm w schyłkowej fazie. Jarosław Kaczyński snuje wizje Polski nie do przyjęcia dla części społeczeństwa. Nie ma nic do powiedzenia na temat technologicznych wyzwań czy jakichkolwiek innych kwestii przyszłości. Chce tę przyszłość powstrzymać. Przyszłość jednak się wydarzy. I, niestety, nie przyniesie przełomu. „Największym wyzwaniem Europy jest dziś kompletny chaos, rozrzucenie głosów i ciągłe zmiany kierunków.”

 

              „Przegląd” nr 15

„Katastrofa smoleńska to był splot bardzo wielu błędów” – powiedział Robertowi Walenciakowi b. prezydent Aleksander Kwaśniewski. Momentem przesądzającym o tym, że kończy się żałoba, a zaczyna polityka, była decyzja o pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu.

Na całym świecie tak dramatyczne wydarzenia wzbudzają powszechne emocje, są pożywką dla teorii spiskowych. A wiara Polaków w różne spiski jest wyjątkowo duża. Polityczna technologia w stosunku do części społeczeństwa okazała się skuteczna. Trudno jednak uwierzyć w trotyl komuś, kto 10 lat latał tym samolotem. „Lecieliśmy na pogrzeb króla Maroka Hasana II. /…/ Pilotem nie był tym razem ktoś z dowódców. Dolecieliśmy do Rabatu i zaczęliśmy krążyć nad lotniskiem, bo była kolejka samolotów wiozących delegacje z całego świata. Przyszedł do mnie kapitan i powiedział: „Panie prezydencie, ale paliwa mamy na 15 minut”. Był bardzo przejęty. Odpowiedziałem mu: „Panie kapitanie, my lecimy na pogrzeb Hasana II, a nie nasz. Jak nie możemy tu lądować, niech pan szuka innego portu, ten pogrzeb bez nas się odbędzie, daję panu na to gwarancję”. To go rozluźniło i za 15 minut wylądowaliśmy w Rabacie. Najwyraźniej jednak musiał bardzo natarczywie domagać się lądowania, bo za karę, po pogrzebie, wylecieliśmy, jako ostatni samolot /…/.” Rosjanie dalej nie oddają Polsce wraku Tupolewa. Przedłużają swoje śledztwo. „I dopóki będziemy ciągnąć śledztwo z naszej strony, oni będą ciągnąć śledztwo ze swojej. /…/ Po prostu w tej chwili jest to wyłącznie działanie na użytek publiczny. /…/ Myślę i wierzę, że Jarosław Kaczyński byłby szczęśliwszym człowiekiem, gdyby jednak tej katastrofy nie było. I nie musiałby jej wykorzystywać do nakręcania atmosfery. Znam jego relacje z bratem, wiem, że były bardzo bliskie. A poza tym… Mnie się nie podoba tego typu polityka, polegająca na dzieleniu /…/. Dla mnie polityka polega na osiąganiu wspólnych celów, na budowaniu wspólnoty. To, co robi Kaczyński /…/ słabo służy Polsce. Nie będę go krytykował za to, że rozwinął pewne programy socjalne i że ludzie ubodzy otrzymali pieniądze. Jeżeli kraj na to stać – należało to zrobić wcześniej. Ale zapłacimy w przyszłości za „sukcesy” Kaczyńskiego srogą cenę. /…/ Zapłacimy cenę za działania w polityce zagranicznej, które Polskę marginalizują i de facto skazują na wahliwą sympatię amerykańskiej administracji. Za działania, które nas antagonizują z najbliższymi sąsiadami /…/. Zapłacimy cenę za zrujnowanie instytucji demokratycznych naszego państwa /…/. Ale największą cenę zapłacimy za to, co zrobił Kaczyński, jeśli chodzi o podzielenie społeczeństwa. Scalenie, zasypanie podziałów będzie wymagało wielkiego wysiłku w kolejnych dekadach. A obawiam się, że brakuje ludzi, którzy mogliby to zrobić.”

 

                                             „Gość Niedzielny” nr 14

Bez większego echa przeszedł list społeczny Episkopatu Polski. Tymczasem zawiera wiele trafnych diagnoz, chociaż porusza się na obszarze oceny zjawisk, a nie osób czy partii uczestniczących w polityce – pisze Andrzej Grajewski w komentarzu „Poszukując dobra wspólnego”.

Biskupi podkreślili, że: „Rywalizacja polityczna dawno przekroczyła granice demokratycznych polemik pomiędzy zwolennikami różnych wizji rozwoju ojczyzny i dotyka najgłębszych fundamentów naszej narodowej wspólnoty oraz wpływa na jej postrzeganie w kontekście międzynarodowym.” W dokumencie centralną jest rola pojęcia „dobra wspólnego. Zwycięstwo wyborcze to jedno, a troska o dobro wspólne  – drugie. O czym powinni wiedzieć i sprawujący władze, i opozycja, „której część odrzuca wszystko, co robią rządzący, w imię zgubnej i szkodliwej postawy, że nic z tego, co robią „tamci”, nie zasługuje na uznanie. Jednym i drugim biskupi przypominają /…/, że „żadna partia polityczna, niezależnie od swego społecznego poparcia, nie ma (ani) monopolu /…/ na rozwiązania, które skutecznie mogłyby odpowiedzieć na wszystkie potrzeby społeczeństwa, ani cudownej recepty na jego niedomagania.” W liście można znaleźć passusy zadowalające zwolenników obozu rządzącego, jak również opozycji. To siła dokumentu, ale i… jego słabość. W dokonywaniu wyborów politycznych raczej nie będzie pomocny, może najwyżej zainspirować do przemyślenia wyzwań stojących przed polityką. Jednocześnie biskupi podkreślają, że „zgodnie z soborową zasadą autonomii porządku politycznego rolą Kościoła hierarchicznego nie jest angażowanie się w naturalne w życiu politycznym kontrowersje ani – tym bardziej – ich rozstrzyganie.” I jeszcze o języku debaty publicznej: „Wszelki dialog kończy się wówczas, gdy język publicznych debat służy budowaniu jednostronnego i nieprawdziwego obrazu życia społecznego czy też stygmatyzowaniu politycznych oponentów /…/.” Na koniec cztery cnoty: roztropność, sprawiedliwość, miłość oraz umiarkowanie, które powinny towarzyszyć postawom ludzi uczestniczących w życiu publicznym.

 

      „Forum” nr 7

Biznes jest wart miliardy. To m.in. zabawki ściskane w dłoni, książki do kolorowania czy specjalne koce. „Gadżety na stres”, według Evy Wiseman z „Guardian News & Media”.

Jeśli lata 80. były epoką stresu, to teraz mamy epokę zaburzeń lękowych. Dobry czas dla rynku domowych leków, które można kupić przez Internet. Tyle że ich skuteczności nie sprawdzono. „W 2017 roku branża produktów wspomagających sen warta była prawie 40 mld dolarów.” Furorę robi filcowy koc grawitacyjny koloru nieba. Niby podnosi poziom serotoniny i melatoniny oraz obniża wskaźnik kortyzolu. Miał służyć nadwrażliwym dzieciom, a stał się przyjacielem ludzi odczuwających niepokój, czyli… wszystkich. „Mój przyjechał w dużym pudełku. /…./ Nie był ciężki tak jak cegły czy torba puszek, ale się zmęczyłam (kładąc go na łóżku – przyp. ewa ). Ułożyłam się pod szarym ciężarem i zasnęłam. Rano obudziłam się w tej samej pozycji. W odróżnieniu od innych gadżetów, które wymagają ruchu, ten go utrudnia. Użytkownik zostaje delikatnie zmuszony do wygodnego bezruchu. Myjąc zęby, byłam zachwycona, że tak głęboko spałam.” Produktami łagodzącymi stres wabi też branża kosmetyczna. Wypuszczono np. serię kosmetyków z olejem z konopi. „Mniejsze firmy dodają go do rozświetlających kremów do twarzy, mydeł, balsamów nawilżających i tuszu do rzęs, twierdząc, że ma działanie przeciwzapalne. Niektórzy uważają, że także łagodzi stres.” Rynek wydaje się nienasycony. Pojawia się jednak pytanie, czy mamy moralne prawo wytwarzać coś, czego przydatności nigdy nie wykazano? Kto by się jednak tym przejmował! Branża produktów obniżających stres wytwarza np. urządzenie generujące biały szum, lampki solne, opaski na głowę do medytacji etc. Zaburzenia lekowe próbuje się leczyć tak, jak infekcję. Ba, u niektórych rzeczywiście następuje poprawa samopoczucia. Lekiem raczej nie jest gadżet, ale… nasz własny umysł.

 

             „Tygodnik Zamojski” nr 13 

Najwyższa Izba Kontroli wzięła po lupę 16 z 45 polskich uzdrowisk. Stwierdziła, że zamiast naturalnych surowców leczniczych, wykorzystywano w nich tzw. zamienniki. Tym samym miejscowości stały się „(Nie) zdrowymi uzdrowiskami” – informuje autor kryjący się pod skrótem (mp).

Bo aż 12 z owych 16 kontrolowanych sanatoriów – w co piątym zabiegu – odchodziło od obowiązujących standardów. „Naturalne surowce, takie jak borowina, woda lecznicza i gazy lecznicze, były stosowane w 78 proc. zabiegów bodźcowych. W pozostałych (22  proc.) używano zamienników, m.in. żelów, plastrów i past borowinowych, płynów siarczkowych czy technicznego dwutlenku węgla. Większość uzdrowisk korzystała z naturalnych surowców leczniczych spoza własnego uzdrowiska. NFZ dopuszcza takie rozwiązanie, ale według NIK jest to sprzeczne z ideą leczenia uzdrowiskowego. /…/ Na przykład w Nałęczowie nie używano własnej wody leczniczej. Ponadto w 10 miejscowościach przekroczono dopuszczalne normy hałasu. Wśród nich znalazło się uzdrowisko Krasnobród. /…/ Z raportu NIK wynika, że w 11 sanatoriach co czwartemu pacjentowi udzielono świadczeń niezgodnie z wymogami Ministerstwa Zdrowia i NFZ. Co dziesiąty nie otrzymał wymaganej liczby zabiegów z wykorzystaniem naturalnych surowców leczniczych, a co trzeciemu nie wykonano wymaganych badań.”

 

                     „Nie” nr 15

Jarosław Kaczyński swego czasu zapowiedział odbudowę zamków kazimierzowskich. W ciągu 37 lat panowania Kazimierz Wielki wybudował ich 55. Tymczasem po dwóch latach od wypowiedzi prezesa odbudowa jeszcze nie ruszyła – donosi Tadeusz Jasiński w „Zamkach błyskawicznych”.

Owszem, powołano Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków, pozostający wyłącznie w gestii  ministra kultury. Środki miały pochodzić nie z budżetu lecz dzięki wpływom z kar administracyjnych oraz nawiązek i wyroków karnych orzekanych w sprawach uszkodzenia bądź niszczenia zabytków. Kary ustalono w granicach 500 – 500 tys. zł. Wojewódzcy konserwatorzy ruszyli zatem w teren, żeby karać, ile się da. Miało to dać 750 mln zł. Na tyle wyceniono pomysł prezesa. Wydawałoby się, że nic tylko słać projekty odbudowy zamków. Tyle że samorządowców odesłano z kwitkiem, bo okazało się, że nie chodzi o zabytki … pozostające już pod ochroną konserwatorską. No to pojawili się wnioskodawcy zamierzający stawiać budynki zamkopodobne. Jak choćby w Bydgoszczy – kazimierzowskie orle gniazdo. Po dawnym zamku nie ma śladu. Jedyną pamiątką są resztki murów. Czy jednak bydgoszczanie wygrają z Radomiem? Tu po zamku został podpiwniczony parterowy budynek, w którym mieści się plebania. Nie chodzi jednak o odbudowę zamku, ale o nadbudowę plebanii i zorganizowanie w niej muzeum. Jakiego, nie wiadomo, gdyż nie ma tam raczej co wstawić. Nieważne, najważniejsze, że wygranym będzie radomski biskup. „Za coś, w czym nawet księżom mieszka się niewygodnie, dostanie tyle, ile sobie wymyśli. „Stoją za tym deklaracje premiera, ministra kultury i wicemarszałka Senatu. Problem jednak w pieniądzach. Bo przez pierwsze pół roku istnienia NFOZ zebrał zaledwie trochę ponad 50 tys. zł. Kiedy zmobilizowano konserwatorów do nakładania kar, kasa wzrosła do 700 tys. zł To jednak za mało nawet na dach radomskiej plebanii – podsumowuje autor.

wybrała /ewa/