Strona główna / W numerze / „Żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć marzenia”

„Żeby osiągnąć sukces, trzeba mieć marzenia”

 

 

 

 

Absolwentka I LO w Starachowicach, filologii germańskiej i niderlandzkiej (Freie Universität Berlin i Universität Wien) oraz stomatologii (Freie Universität Berlin), właścicielka praktyki stomatologicznej w Berlinie.

 

– Jak to się stało, że Ty, dziewczyna ze Starachowic, masz swój gabinet stomatologiczny w centrum Berlina, właściwie przy najbardziej znanej, luksusowej ulicy tego miasta

 – Moja droga do stomatologii była rzeczywiście nietypowa. Najpierw ukończyłam germanistykę w Wiedniu i dopiero wtedy rozpoczęłam studia stomatologiczne w Berlinie. O stomatologii nie myślałam wcześniej, bo…

– … bo w I LO w Starachowicach ukończyłaś klasę humanistyczną. Więc jak mogłaś myśleć o medycynie, skoro biologię, chemię, fizykę poznałaś w niewielkim zakresie. Co postanowiłaś robić po maturze?  

– Plan na życie po klasie humanistycznej musiał być inny. W ramach tego planu znalazłam się więc najpierw na Wydziale Germanistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zgodnie z ówczesnym przekonaniem, obcy język miał mi otworzyć okno na świat. Tam w bufecie uniwersyteckim, w grupie kilku koleżanek, powstał pomysł, jak się wówczas mówiło, wyjazdu na Zachód. Celem miało być nauczenie się języka. Wszystkie cztery wyjechałyśmy po czwartym roku studiów.

Psy jeżdżą z nią wszędzie

– Na germanistykę do Warszawy już nigdy nie wróciłaś. Będąc w Berlinie, zobaczyłaś, że można studiować nie tylko jeden kierunek. I tak narodziły się Twoje pierwsze myśli o stomatologii?

– System studiowania w Niemczech był trochę inny niż nasz. Żeby napisać pracę magisterską, wyjechałam do Wiednia, gdzie łatwiej mi było skompletować do niej materiały. Do Berlina wróciłam z dyplomem i od razu złożyłam papiery na stomatologię.

– Czy to wszystko było naprawdę tak proste, jak wynika z Twojej opowieści? Berlin, Wiedeń. Pisząc pracę, trochę czasu spędziłaś też chyba w Holandii.

– Nie wszystko było proste i nie zawsze było łatwo. Podstawą wyjazdu była wiza studencka,  którą w Polsce dostawało się pod warunkiem, że ma się zapewnione miejsce na uniwersytecie. To z kolei wymagało zdanego egzaminu językowego i kwalifikującego na konkretny kierunek. Znalezienie pokoju w akademiku, meldunek, ubezpieczenie było też dużym wyzwaniem.

A jak wyglądały kwestie finansowe? Z czego się tam utrzymywałaś?

– Mając legitymację studencką, dostawało się pozwolenie ma pracę, o ile dobrze pamiętam na 90 dni w roku. Dla studentów istniała na uniwersytecie spółdzielnia pracy, tam zawsze się coś znalazło. Ja pracowałam w restauracji, w bufecie jako kelnerka, ale słabo mi to szło. Pilnowałam dzieci, sprzątałam i w tym byłam już lepsza. Udzielałam również korepetycji, uczyłam na kursach polskiego, robiłam tłumaczenia. Pracowałam też w gabinecie laryngologicznymi jako asystentka, szkoda, że nie w stomatologicznym, miałabym już wtedy praktykę. Praca zawsze jakaś była, jedynie dopasowanie jej do harmonogramu zajęć na uczelni wymagało pewnej logistyki. A na wyjazd do Holandii dostałam stypendium z uniwersytetu.

Czyli tak beztrosko jednak nie było, musiałaś poświęcić część wakacji i pewnie weekendy, żeby studiować w Berlinie. Ale wróćmy na chwilę do zmiany zainteresowań. Jak przeszłaś od poezji Goethego do leczenia kanałowego, implantów, wiercenia w zębach?

– Wizerunek brutalnego dentysty, łatającego lub wyrywającego zęby to zamierzchła przeszłość. Stomatologia jest również bardzo estetycznym, finezyjnym zawodem.

Brzmi to dość nieprawdopodobnie, zwłaszcza, że większość ludzi nie lubi chodzić do dentysty.

– Ale pomyśl o tym, że pacjent przychodzi z bólem, a wychodzi zadowolony, bez bólu.  Albo ma wstawioną piękną koronkę, nie różniącą się od innych zębów.

– Chyba lubisz swoją pracę?

– Uwielbiam. Stomatologia jest konkretnym rzemiosłem. Po całym dniu pracy wiem doskonale, co zrobiłam. Bilans dnia daje mi poczucie sensu tego, co robię i siłę na następny dzień.

– Muszę przyznać, że z niezwykłym sentymentem mówisz o swojej pracy. Tak, jakby była również Twoją pasją. Czy oprócz niej masz inne zainteresowania, które dają Ci pozytywną energię?

– Lubię pływać i żeglować, mam starą żaglówkę typu Orion. Na takiej właśnie spędzałam szkolne wakacje i dlatego czuję do niej wielki sentyment. Dobra książka czy film też potrafią pochłonąć mnie bezgranicznie. Przy ciekawej lekturze nie widzę potrzeby opuszczania pokoju godzinami. Jedynie siła wyższa, wypita już herbata albo spacer z psami są powodem oderwania się od nich.

– To taki relaks na co dzień? A weekendy? Wakacje?

– Na weekend wyjazd na wieś nad jezioro, zachód słońca na pomoście, wieczór przy ognisku a zimą przed kominkiem. Relaks urlopowy to jezioro, żeglowanie i pływanie albo morze, a tam długie spacery, od kwietnia do października obowiązkowo boso. Nieodłączni towarzysze to dwa psy.

I oczywiście mąż. Poznaliście się w Berlinie. Ty, młoda studentka z Polski, on rodowity Niemiec. Czy na początku nie miałaś trudności w kontaktach z Niemcami, związanych z różnicami mentalnymi, z różną narodowością?

– Mam trudność z odpowiedzią na to pytanie, gdyż nie myślę kategoriami narodowymi. Obracam się zarówno w Niemczech jak i w Polsce w kręgu ludzi, których charakter, poglądy, sposób życia są mi bliskie, niezależnie od tego w jakim języku i po której stronie granicy są one wypowiadane i realizowane.

– Które cechy Niemców najbardziej Ci się podobają?

 – Sięgając po stereotypy, mogę powiedzieć, że perfekcjonizm i przestrzeganie zasad cenię sobie bardzo. Podoba mi się również ich nastawienie do sportu, należy on bowiem w każdym wieku niemalże do higieny osobistej.

Na pomoście nad ukochanym jeziorem

– Czy Berlin stał się już Twoim miejscem na Ziemi?

– Berlin stał się moim miastem, jest w pewnym sensie moim miejscem na ziemi, tu czuję się dobrze, tu mieszkam, tu żyję od ponad 30 lat. W zasadzie ani w Starachowicach, ani w Warszawie nie mieszkałam tak długo jak w Berlinie. Lubię to miasto i jego możliwości. Lubię jako metropolię kulturalną, otwarte nastawienie do nieznanego, obcego. Podoba mi się też, że jest miastem zielonym, z wieloma jeziorami, bardzo łatwo uciec tu od zgiełku.

– Zielone miasto… zupełnie jak Starachowice. Tu też ludzie przyjeżdżają uciec od zgiełku wielkich miast. Co czujesz, kiedy słyszysz nazwę Twojego rodzinnego miasta?

– Do Starachowic przyjeżdżam obecnie w odwiedziny, a o rozwoju miasta, o najważniejszych wydarzeniach dowiaduję się od rodziny i przyjaciół. Bez wątpienia to wspomnienia łączą mnie z tym miastem. Kiedy wiec słyszę Starachowice, myślę przede wszystkim o dzieciństwie, o szkole, o harcerstwie, o tym jak na ulicach tego miasta, jeszcze w liceum, uczyłam się jeździć samochodem. Kiedy zamykam oczy, widzę piękne, kwitnące na czerwono głogi, pamiętam jak były sadzone na mojej ulicy te małe, czerwone drzewka. Starachowice kojarzę z przyjaźnią i marzeniami.

– Dzieciństwo wspominasz jako czas beztroskich zabaw?

 – Zabaw z dziećmi na ulicy i na stadionie, gdyż mieszkałam blisko niego. Najbardziej lubiłam wyścigi rowerowe na stadionie, a zimą lodowisko.

– Kiedy wspominasz przeszłość, mówisz o znaczeniu przyjaźni z tamtych szkolnych lat. Jakie wartości są dla Ciebie ważne w życiu?

– Myślę, że system wartości nie jest na całe życie, że może się zmieniać w zależności od tego, na jakim etapie rozwoju jesteśmy i w jakiej sytuacji życiowej akurat się znajdujemy. Niemniej jednak jest pewien fundament niezależny od okoliczności, ale chyba dla każdego indywidualny.

– Co nim jest dla Ciebie?

– Miłość i szacunek zarówno do siebie jak i do ludzi jest dla mnie podstawą w kontaktach międzyludzkich. Przyjaźń, zaufanie, lojalność i wsparcie, bez tych wartości trudno byłoby mi kroczyć przez zawiłe ścieżki życia. Wolność i rozwój osobisty, bo łączą się dla mnie z niezależnością. Niezbędne dla poczucia zadowolenia i szczęścia jest posiadanie marzeń i ideałów, gdyż to dopiero dzięki nim życie nabiera barwy i sensu. Oczywiście zakładam, że dopisuje mi zdrowie.

–  Na pewno będzie Ci dopisywać, bo dbasz o siebie. Sauna, basen, fitness… W Twoim zawodzie w Niemczech nie ma wiekowego ograniczenia, kiedy trzeba przejść na emeryturę, więc jeszcze wiele lat pracy przed Tobą. Ale gdybyś miała wyobrazić sobie swoją emeryturę? Czym się będziesz zajmować? Gdzie będziesz?

– Na to pytanie nie potrafię absolutnie odpowiedzieć. Nie myślę o tym etapie, gdyż wydaje mi się on bardzo odległy. Jeśli mi zdrowie nie odmówi posłuszeństwa, to przede mną jeszcze długi okres prowadzenia gabinetu.

Jedno z ulubionych zajęć – spacer z psem

– Pamiętam, jak  w czasach licealnych wyobrażałyśmy sobie nadejście 2000 roku. Wydawało nam się to tak odległe. Ty wtedy nie miałaś pojęcia, że będziesz mieszkać w Berlinie, a ja na pewno nie wyobrażałam sobie, że będę z Tobą przeprowadzać wywiad do „Gazety Starachowickiej”. Życie przynosi wiele niespodzianek.

– Wiele lat temu miałam marzenie, żeby wyjechać za granicę, było to prawdziwe marzenie a nie plan na życie czy na sukces. A że to akurat Niemcy?  Tak po prostu wyszło, bo byłam na germanistyce. Może gdybym była na sinologii, wyjechałabym do Japonii albo Chin, kto wie? Ale rzeczywiście życie bywa nieprzewidywalne.

– Obecnie wielu młodych ludzi wyjeżdża z Polski. Studiują, pracują, osiągają sukcesy poza granicami naszego kraju. Co mogłabyś im przekazać z perspektywy pokonania takiej drogi życiowej?

 – Gdy ja podejmowałam taką decyzję, wyjazdy były bardzo popularne, bo panowało przekonanie, że na Zachodzie jest lepiej. Nie wiem, czy chciałabym wyjechać z dzisiejszej Polski. Dziś żyjemy w zjednoczonej Europie, studia, praca to wszystko można inaczej zorganizować, bez wiz, bez granic. Myślę, że wyjazdy kształtują nas i nasze poglądy. Życie w innym kraju wymaga od nas pewnego szpagatu, trzeba się dostosować, ale jednocześnie nie zatracić własnej kulturowej tożsamości. Żeby osiągnąć zadowolenie i sukces, za granicą czy w kraju, trzeba mieć marzenia. Trzeba iść za ich głosem, trzeba zdobyć się na odrobinę odwagi i spróbować.

– Czy właśnie pracę zawodową uważasz za swój największy sukces?

 – Oczywiście jestem tego świadoma, że mój sukces zawodowy to właśnie ten gabinet i fakt, że w obcym kraju jestem cenionym fachowcem. Ale za swój życiowy sukces uważam zupełnie coś innego… to bez wątpienia przyjaźń, ze wszystkimi wzlotami i upadkami, a najdłuższa z nich trwa od 6 klasy szkoły podstawowej.

– Niech więc trwa jak najdłużej. Gratuluję i życzę dalszych sukcesów.

 

 

 

Ewa Sajór – Ruszczak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *