Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 15 lipca 2019

„Warto szukać dla samych doświadczeń”

Pasje i sukcesy

O pracy w branży filmowej, niesamowitej zorzy polarnej, poparzonych dłoniach i samotnej wyprawie rowerowej dookoła Islandii opowiada Katarzyna Woszczyło.

 

 

Absolwentka III LO im. K. K. Baczyńskiego w Starachowicach, Wydziału Dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, Artystycznego Studium Animatorów Kultury, podróżniczka.

 – Współczesna technologia daje nam możliwość rozmowy na odległość. Ty teraz jesteś na Islandii, ja w Starachowicach. Twoje ścieżki życiowe są niezwykle interesujące. Ale kiedy wracasz myślami do naszego miasta, jakie obrazy masz przed oczami?

– Piachy, upał, stary Manhattan, truskawki, przejażdżki przez cudowny las. Dzieciństwo w dużej rodzinie, beztroska, zabawa. Pierwsze samotne „wielkie” (jak na tamten wiek) wyprawy w  poszukiwaniu skarbów. Gotowanie dla zwierzątek i ta bezsilność mamy, gdy orientowała się, że połowa dopiero co zakupionych wędlin właśnie została zjedzona przez kota, psy i kury. Ale chyba najbardziej pamiętam niedzielne, bardzo długie spacery do lasu z dziadkiem i wujkiem. Do dziś pamiętam trasy i zapach tego lasu. I jeszcze szkoła bez dzwonków…

– III LO – pierwsza i jak na razie jedyna w mieście taka szkoła. Pamiętam zdziwienie ludzi takim eksperymentem. A przecież wcale nie spóźnialiście się na lekcje.

– Jeśli chodzi o liceum, nietypowe liceum bez dzwonków, to chyba zawsze zapamiętam je jako spokojne, kameralne miejsce, w którym był czas na naukę, czas na poznawanie samego siebie, a przede wszystkim czas na rozmowy. W moim liceum nauczyciele byli przede wszystkim świetnymi pedagogami, którzy nie szczędzili na rozmowy nawet czasu lekcyjnego, gdy pojawiał się jakiś problem. Natomiast moim najlepszym wspomnieniem z liceum jest chyba moment, w którym okazało się, że nauka zwyczajnie zaczyna sprawiać mi przyjemność.

– I postanowiłaś kontynuować tę przyjemność na studiach we Wrocławiu? I chyba nie tylko na jednym kierunku?

Zaczęło się od dziennikarstwa, które poprowadziło mnie do Artystycznego Studium Animatorów Kultury, a to z kolei zaprowadziło mnie na filozofię. Ostatni kierunek to, co prawda, tylko epizod, jednak chyba najbardziej znaczący. Studia to dla mnie pewnego rodzaju etap w życiu, a nie jedynie uczelnia, wykłady, sesja. To przede wszystkim czas dla umysłu, ciała i duszy. Dziś wydaje mi się, że studia to był tylko dodatek. Od samego początku skupiałam się na doświadczeniu, praktyce, uczeniu się zadaniowości oraz zwyczajnie – dorosłego życia.

– Doświadczenia, praktyka, zadania, dorosłe życie… Brzmi bardzo poważnie. Czym zajmowałaś się w studenckich czasach?

– Oj, trochę tego było. Przez jakiś byłam czas kelnerką – świetna lekcja wytrzymałości, cierpliwości, dyplomacji, no i … kłamania. Później pojawiła się praca w teatrze. Obsługa widza, ale to było bez znaczenia. Najważniejsza była możliwość wielokrotnego oglądania przecudownych spektakli, aktorów, koncertów, performance, udziały w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. I to wszystko w chyba najdroższym z wrocławskich teatrów za darmo – to była bajka!

– A potem przyszedł czas na pracę przy filmie? Podobno tylko z ciekawości?

– Naprawdę tylko i wyłącznie dla zaspokojenia ciekawości. Dlatego w tym samym czasie znalazłam pracę jako kucharz. Bo sezon, bo łatwo. Poza tym nauka gotowania zawsze się przyda. No i tak oto dzięki gotowaniu mogłam sobie pozwalać na hobby, jakim była praca na planie filmowym. Od tamtej pory jakoś wszystko zeszło na tory gastronomii. Ale i to zaczęło się wiązać z ciekawością i przyjemnością. Dlatego też raz domowa kuchnia polska, innym razem desery, jeszcze innym kuchnia włoska, bo kocham makarony. Gastronomia zaś to rewelacyjna szkoła sprytu, szybkości (na przykład, jak zrobić tiramisu w 10 minut dla 25 osób), organizacji, współpracy,  przejmowania kontroli nad swoim ciałem i umysłem.

– Przyznam, że zupełnie nie rozumiem, co wspólnego ma gastronomia z kontrolowaniem swojego umysłu?

– „Ten talerz wcale nie jest gorący, nie mam poparzonej ręki i nie zamierzam opuścić tego talerza” – tak nieraz przekonywałam mój umysł, żeby móc wykonywać pracę. Ale najciekawsze chyba były lekcje czarowania… Stworzyć coś z niczego, na przykład sernik z mleka i cytryny… Więcej tajemnic nie będę zdradzać, a mogłabym wymieniać w nieskończoność.

– Rozmawiamy o serniku, poparzonych dłoniach a przecież zaczęłyśmy o pracy w branży filmowej.

– Tak, miałam możliwość pracy w tej branży. „Możliwość” to chyba najlepsze słowo, gdyż nie wiem, czy to do końca była przyjemność, czy nie. Ciekawi ludzie, ciekawe zadania, jeszcze ciekawsze efekty końcowe. To była cudowna nauka zadaniowości już na wyższym poziomie. Również ogromna i bardzo potrzebna dziś lekcja pracy pod presją czasu, wyczuwania drugiego człowieka. Trafiłam pod skrzydła bardzo dobrego reżysera ze świetną wizją. Niestety, coś poszło nie tak i swój sukces zaczął mierzyć nie liczbą udanych superprodukcji, a jedynie zerami na koncie i przeniósł się w świat paradokumentu. Mowa tutaj o produkcjach – „Trudne Sprawy”, „Pamiętniki z wakacji”, „Dlaczego ja”. Jak wcześniej wspomniałam, praca bardzo ciekawa. Codzienna dawka adrenaliny dostarczana regularnie, czasem nawet z nadwyżką.

– Różne artystyczne wizje.  Dlatego postanowiłaś wyjechać z Polski?

– Pierwszy wyjazd to była po prostu zwyczajna ciekawość. Potrzeba jakiejś zmiany, nowego doświadczenia. Zaczęło się od moich współlokatorów z czasów studiów. Regularnie wyjeżdżali do USA na program Work&Travel, a później przywozili setki opowieści i wspaniałych wspomnień. Aż pewnego razu postanowiłam spróbować i również przywieźć jakąś historię do opowiedzenia. Po zakończonym programie wróciłam z naładowanymi bateriami, jednocześnie stęskniona za najbliższymi i za samą Ojczyzną. Niestety euforia z czasem opadła. Okazało się, że już ciężko mi tak po prostu wrócić do rzeczywistości. Czegoś brakowało. Dałam sobie więcej czasu, ale nic się nie zmieniło. Bardzo mi się spodobał sposób łączenia pracy z podróżami i wiedziałam, że na tym się nie skończy.

Miami, Floryda – chwilowe rozwiązanie na nieznośny upał

– Przyciągała Cię też perspektywa lepszych zarobków?

– Rzeczywiście dotarły do mojej świadomości ogromne dysproporcje pomiędzy zarobkami a kosztami życia w Polsce i w USA. Pracowałam w Stanach jako pokojówka i otrzymywałam najniższą stawkę dla praktykantów, ale po niecałych trzech miesiącach pracy mogłam pozwolić sobie na miesięczną podróż po całych Stanach… Kiedy po trzech miesiącach od powrotu z USA ciągle mi czegoś brakowało, zaczęłam podświadomie szukać kolejnego sposobu na przeżycie podobnej przygody. Po miesiącu znalazłam więc na własną rękę pracę za granicą, a trzy tygodnie później ponownie wyjechałam z Polski.

– I od tamtego momentu prowadzisz zupełnie nieustabilizowane życie. Większość młodych ludzi dąży do uporządkowanego życia, stałej pracy, własnego mieszkania. Dlaczego Ty wolisz tę zmienność?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jest to jedna z tych rzeczy, które ludzie robią po prostu, może nawet nie zastanawiając się nad tym, a jedynie skupiając się na czerpaniu z danej chwili. A może chodzi o to wspaniałe uzależnienie od adrenaliny… I może to wcale nie jest związane z odwagą, może to właśnie po prostu strach, ten potężny strach przed nudą. Nie wiem…

– Lęk przed małą stabilizacją prowadzi Cię do bycia w ciągłej podróży?

– Na początek chciałabym wyjaśnić, czym dla mnie jest podróż. Zaliczam do tego tylko i wyłącznie wyjazdy na dłuższy okres. I to całe wyjazdy. Nie tylko sam etap zwiedzania danego kraju, ale również to co przed i po. Wszystko od momentu postawienia stopy pierwszy raz w jakimś państwie. Wyjazdy, które nie wiążą się z szybkim odpoczynkiem czy po prostu odwiedzeniem kogoś. Są to natomiast te wyjazdy, które wiążą się z pracą, nauką, prawdziwym zbliżeniem się do danej kultury, nie tylko na odległość kijka do selfie. Łączą się także z momentami kryzysowymi, ogromną próbą wytrzymałości, no i oczywiście momentami oraz widokami, które sprawiają, że wyciąganie aparatu czy kamery nie ma sensu. Nawet najlepszy sprzęt nie będzie w stanie oddać zmysłowych doświadczeń w danej chwili, bo składa się na nią nie tylko obraz, ale dźwięk, zapach, smaki, a nawet mój obecny nastrój.

– Zatem ile takich wyjazdów masz za sobą?

– Na razie tylko dwa. Pierwszy wyjazd to USA. Trzy miesiące pracy i miesiąc podróży. Kalifornia, Maine, Arizona, Floryda, Luizjana, Nowy Jork, Nevada. Ciągnące się w nieskończoność pustynie, lejący się z nieba żar, cudne kaniony, piękne plaże, wspaniałe parki i natura, ale też brud, bezdomność z wyboru, przerażający pęd. I to przedziwne uczucie, kiedy przejeżdżałam przez przepiękne, a jednocześnie owiane złą sławą miejsce w San Francisco, jakim jest Golden Gate, zwany mostem samobójców.

– W drugiej podróży jesteś teraz? Islandia…

– Tak. Ze względu na wspaniały tryb pracy mam możliwość regularnego zwiedzania nowych miejsc (a naprawdę jest w czym wybierać) i poznawania nowych zjawisk. Islandia to przede wszystkim majestatyczne góry, wschody i zachody słońca, zorze polarne, wulkany, gorące rzeki, naturalne hot tuby usytuowane zaraz przy lodowatym morzu, wrzące podziemia, jaskinie wypełnione gorącą wodą idealną do kąpieli w środku zimy. Również po raz pierwszy na własnej skórze doświadczyłam wspaniałego zjawiska, jakim są białe noce i czarne dnie. W trakcie zimy 3 godziny szarości, a reszta to czarna noc, a latem odwrotnie. Ale na rytualną miesięczną podróż również przyszedł w końcu czas, podróż dookoła Islandii. Właśnie jestem świeżo po jej zakończeniu. Z racji, że dystanse znacznie się różnią od tych z USA, tym razem poszedł w ruch jedynie rower.

–  Co najbardziej utkwiło Ci w głowie z tych wyjazdów?

– Bez wątpienia w czołówce islandzkich doświadczeń ma swoje miejsce zorza polarna i oczekiwanie na nią. Gdzieś głęboko i wysoko w górach, z dala od świateł miasta, w mroźną noc leżenie na miękkim śniegu i wpatrywanie się w niebo z niecierpliwością oraz oglądanie wielorybów w ich naturalnym środowisku na tle pięknego górskiego krajobrazu. Nie wiem dlaczego, ale ze Stanów najbardziej utkwił mi w głowie pobyt w Miami na Florydzie. Pierwsze skojarzenia z tym miejscem chyba są oczywiste. Znalazłam się tam kilka dni po tym jak huragan Irma (2017) dał swój popis. Powyrywane drzewa przecinające ulicę,  przygniecione samochody i domy, kokosy turlające się po ulicy, zerwane dachy. Miasto duchów poza jednym miejscem. Tętniąca życiem plaża – kto by się przejmował stratami materialnymi, skoro życie nadal trwa! Z moich podróży pamiętam wszystkie miłe niespodzianki od losu, zwłaszcza w trudnych momentach oraz ludzi, którzy mi wtedy podawali pomocną dłoń.

Los Angeles – miasto kontrastów

– Z tego, co mówiłaś, najważniejsze podróże odbywasz sama. Nie boisz się? Przecież to raczej ekstremalne doświadczenia.

– Czasem mam wrażenie, że coś prowadzi mnie za rękę lub czeka z trampoliną. Ale były momenty, kiedy pojawiał się strach. Zwykle chodziło o strach przed drugim człowiekiem… A jeśli chodzi o zwyczajnie nieprzyjemne sytuacje, to bez wątpienia uczucie pragnienia, czasem głód, bezlitosny upał czy wyziębienie. Ale dobrze, że czasem się pojawiają. Mimo iż dotyczą one ciała, doskonale hartują duszę i charakter. Zupełnie zmienia się sposób wartościowania wszystkiego. Chyba samo podróżowanie jest sytuacją ekstremalną. Zawsze pamiętam słowa Cesare Pavese, który napisał: „Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe.”

– Twoje wyjazdy wiążą się nie tylko z logistyką, ich zaplanowaniem, ale przede wszystkim z kosztami. Jak organizujesz swoje wyprawy?

–  Zwykle ludzie, których znam, mają swoje ulubione, sprawdzone miejsca, które od dawna chcieli zwiedzić lub do których chętnie wracają. Następnie skrupulatnie planują swoje wyjazdy, pracują, oszczędzają, aż wreszcie dostają długo oczekiwany urlop i jadą. U mnie natomiast wyjazd zaczyna się od jakiegoś snu, obrazka, filmu z pięknym miejscem, krajobrazem. Potem jest myśl: chcę tam być. Nie wiem jak, nie wiem po co, ale chcę to zrobić, zobaczyć na własne oczy. No i kiedy jestem już pewna i gotowa (mam na myśli kwestię zarówno „papierologii” jak i finansową), planuję kolejne etapy czyli znalezienie pracy w danym miejscu, odejście z bieżącej pracy, wypowiedzenie umowy najmu mieszkania. Kończę pewien etap, zrywam ze wszystkim, co dotychczas znałam i lubiłam… To cały mój plan. Oczywiście zawsze bardzo ważną rolę w organizacji odgrywa moja kuzynka Ania, która jest rozsądna, zorganizowana i prowadzi mnie za rękę przez wszelkie formalności i regulacje prawne danych państw, które ja zwykle bagatelizuję, wychodząc z założenia, że przecież wszystko będzie dobrze. Ale najbardziej lubię planować te podróże, które odbywam już na miejscu. Żadnych blokingów, biletów kupowanych z wyprzedzeniem, gdyż nie mam pojęcia, gdzie znajdę się następnego dnia.

– Dopiero, gdy dotrzesz do celu, cała i zdrowa, otwierasz mapę i szukasz miejsca na kolejny dzień? Fascynujące choć przerażające… Ale w dalszym ciągu nic nie mówisz o pieniądzach.

– Pieniądze… Moje wyjazdy wcale nie wymagają zbyt dużych nakładów finansowych, poza podstawowymi kosztami typu bilet w jedną stronę, zakwaterowanie (lub nie) i jakieś wyżywienie na początek. Ale jeśli już potrzebuję pieniędzy, wtedy zwykle pojawiają się nadgodziny, dodatkowe zlecenia, mały maraton w pracy, zarwane noce (a to bardzo boli, gdyż uwielbiam spać). No i oczywiście zawsze podczas nieprzewidzianych okoliczności mogę liczyć na moich wspaniałych rodziców oraz rodzeństwo. A jeśli chodzi o podróże po kraju, w którym jestem, to oczywiście z zarobionych już na miejscu pieniędzy. To znacznie ułatwia podróżowanie, zupełnie zmienia sam komfort wyjazdów oraz nastawienie do kosztów podróży. A wszystko po to, by na końcu doświadczyć nieskończenie wielkiej radości z kolejnego, spełnionego marzenia.

– Czyli Twoim podróżom towarzyszą nieustannie nowe doświadczenia zawodowe?

– Podczas wyjazdów zwykle góruje gastronomia, tym razem zupełnie inna sztuka – sushi. Ale również i tu już wkradła się chęć zmian, więc zamieniam się też w opiekunkę trzech przecudownych chłopców oraz kierowcę – chyba nie można wyobrazić sobie lepszej pracy w tak pięknym kraju jak Islandia. Niesamowitą i zdumiewającą sprawą  jest to, że każde, dosłownie każde zdobyte do tej pory w pracy doświadczenie, nabyte umiejętności, poznane triki za każdym razem bardzo przydają się w podróżach. I odwrotnie. Nieraz doświadczenie z podróży wykorzystałam w codziennym życiu.

– Czy któraś z poznanych narodowości jest Ci szczególnie bliska?

– Dobrze, że Pani o tym wspomniała. To niesamowite, jak obcowanie z innymi kulturami zmienia punkt widzenia. Nie chodzi o mijanie ludzi na ulicy w danym kraju i robienie sobie z nimi selfie. Chodzi o bliższe poznanie kultury. Ich życie codzienne od kuchni, poznanie ich problemów, ich historii oraz ich marzeń. To wiele zmienia w postrzeganiu kultur. Zmienia się również postrzeganie własnej. Jeszcze nie wiem, która narodowość jest mi najbliższa. Bywa tak, że Polacy są mi najodleglejsi… Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale wtedy są to najjaśniejsze perełki. Ale może to ja jestem dziwna…

Kiedy się ustabilizujesz? Kiedy osiądziesz w jednym miejscu i podejmiesz stałą pracę?

– Przy obecnym stylu życia i nastawieniu, ciężko mi w jakikolwiek sposób wypowiadać się na temat przyszłości. Jeśli miałabym spojrzeć na to poprzez pryzmat obecnych planów i marzeń, jest wielce prawdopodobne, że to się nie wydarzy. Ale życie już niejednokrotnie dało mi do zrozumienia, że plany i oczekiwania a rzeczywistość to zupełnie dwie różne sprawy.

– Zakładając jednak, że kiedyś to nastąpi, w jakim miejscu na Ziemi czułabyś się najlepiej?

– Islandia jest jednym z tych miejsc, które mogłabym wziąć kiedyś pod uwagę. Doskonałym dowodem na to jest fakt, że przyjechałam tu na 5 miesięcy, a mija już 1,5 roku mojego pobytu tutaj. Ale jest jeszcze tyle fantastycznych miejsc na świecie, o których nie mam pojęcia, że póki co nie będę odpuszczać, jeszcze poszukam. Nawet jeśli go nie znajdę i tak warto szukać dla samych doświadczeń…

– Czy znasz ludzi, którzy żyją podobnie jak Ty?

Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się osobiście poznać kogoś, kto prowadziłby podobny tryb życia.

Ale spotkałam ludzi, którzy powtarzali, że bardzo chcieliby żyć w ten sposób, a przynajmniej spróbować.  Ale najwyraźniej coś ich jeszcze powstrzymuje.

–  Co dla Ciebie jest w życiu najważniejsze?

– Poza takimi oczywistymi sprawami jak moja najbliższa rodzina i garstka prawdziwych przyjaciół, jest jeszcze kilka ważnych spraw osobistych. Mówi się, że najważniejsze to robić, co się lubi. Moim zdaniem, to duże uproszczenie. Jak wcześniej wspomniałam, bardzo lubię spać. Ale czy spanie codziennie do 15.00 zrobi ze mnie najszczęśliwszego człowieka na Ziemi?  Dla mnie najważniejsze jest robić to, co rozwija, co wzmacnia zarówno psychicznie jak i fizycznie. Coś co może być przyjemne, ale jednocześnie wymaga wiele trudu i poświęcenia. Tylko wtedy można osiągnąć prawdziwą, nieskończoną satysfakcję. Nie tylko w danej chwili, ale również później, po miesiącu, po latach, zawsze gdy tylko wróci wspomnienie.

– Podróżowanie i ciągłe zmiany to właściwie Twój styl życia. A Twoje pasje?

– Myślę, że pasji jest wiele, jednak przychodzą one falami. Pojawia się taki etap, kiedy każdą możliwą chwilę poświęcam na zabawę w fotografa. Innym razem nie ma dla mnie znaczenia, co się dzieje dookoła, poza światem filmu. Wtedy oglądam jeden za drugim i przenoszę się w świat bohaterów. Kiedy indziej przychodzę do domu „tylko się przespać”, bo zakochuję się w obecnej pracy. Bez względu na to, czy to gotowanie, praca przy filmie, jako niania, czy jako kierowca… A z takich, które towarzyszą mi od zawsze, mimo ogólnej tendencji do zmian, to bez wątpienia jazda na rowerze, pisanie, no i oczywiście podróżowanie – zmieniają się tylko okoliczności.

– Co uznałabyś za swój największy sukces?

– Sukces… Z praktycznego punktu widzenia to bez wątpienia przejechanie całej Islandii na rowerze. Natomiast z punktu widzenia osobowości, odpowiedź chyba zawiera się w słowach Wojciecha Cejrowskiego: „Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń”.

– Życzę Ci, żebyś zawsze miała ochotę wstawać z tego fotela. Dziękuję za rozmowę.

Las Vegas – trochę z innej perspektywy

 

 

 

Ewa Sajór – Ruszczak