Kontakt z redakcją: 41 274-55-12
W numerze 16 lipca 2019

Na innych łamach

 

     

nr 25

500 plus i poprawiający się polski socjal nie robią wrażenia na Polakach, którzy wyjechali za granicę. Ba, nie ma popytu na zdobytą przez nich na emigracji wiedzę. Ich dzieciom w polskich szkołach jest ciężko. Sami też czują się po powrocie obco.

Mimo to niektórzy jednak wracają – opowiada Joannie Cieśli w wywiadzie „Łatwiej wyjechać, niż wrócić” dr Mariusz Dzięglewski. Ewentualne powroty w niewielkim stopniu są zasługami rządów. Wraca się raczej z powodów rodzinnych, do starszych rodziców, osobistych. Po akcesji do Unii Europejskiej liczba wracających do Polski zaczęła rosnąć. W 2007 r. wróciło ponad 30 tys. osób, a w 2010 r. już ponad 50 tys. Teraz może ich wracać 70 – 100 tys. rocznie. Potrzeby ludzi zmieniają się w zależności od wieku. Młodzi opuszczają kraj w poszukiwaniu niezależności. Później stabilizacja wydaje się im łatwiejsza w rodzinnym kraju. Powracający niekoniecznie przywożą ze sobą potencjał pożądany w kraju. Często bywa odwrotnie. Ludzie na emigracji tracą swój intelektualny kapitał. Bo pracowali niezgodnie z kwalifikacjami i oczekiwaniami. A ci, nawet mający ów kapitał, odbijają się w kraju od grubych barier związanych z mentalnością i systemem. Próby przekonania do jakichś innowacji kończą się niepowodzeniem. To wypala. Może i powrót do Polski byłby korzystny ze względów demograficznych. Ale powracających się nie wspiera. Dla dzieci zwłaszcza to trudne powroty. Jeśli nawet dzieci radzą sobie językowo w kraju rodziców, to „kultura i organizacja edukacji na ogół jest inna: system oceniania, hierarchia, dyscyplina. W Irlandii dzieci uczy się przez zabawę. Co ciekawe, polscy rodzice często wracają stamtąd do Polski, bo uważają, że tu szkoły są lepsze. A potem, gdy ich dzieci już zaczynają naukę, pojawia się zdziwienie, że w domu trzeba odrabiać lekcje. I to długo.” Z kolei polski lekarz, pracujący w Irlandii, „wspomina dwa lata emigracji jako wakacje, choć pracował tam na cały etat i nieźle zarabia. Ci ludzie często dopiero wyjeżdżając doświadczają czegoś takiego jak czas wolny.” Nagle okazuje się, że mają czas, żeby razem gdzieś pojechać. Po powrocie nie udaje im się tego zachować. Jadąc do Polski, po przekroczeniu granicy czują wręcz wiszący w powietrzu stres. Lawiny powrotów nie ma się zatem co spodziewać. Większość emigracji poakcesyjnej zdążyła się usadowić w krajach, do których wyjechali. Niemniej jednak brexit niektórych zachęca do rozważań, co zrobić.

 

 

nr 13

Marek Rabij wraz ze swoją rozmówczynią próbują „Oswoić rottweilery”. A rozmawiał z prof. Elżbietą Mączyńską, prezeską Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego i członkinią narodowej Rady Rozwoju.

Jej zdaniem, realizacja rządowych programów socjalnych wcale nie musi doprowadzić do wzrostu długu publicznego ponad 3 proc. produktu krajowego brutto, czego zabrania Unia Europejska. Ani dług, ani wzrost PKB nie powinny być celem, a narzędziem do poprawy życia obywateli. Dług długowi zresztą nierówny. Kiedy zadłużamy się na edukację, rosną szanse na poprawę jakości życia. Potrzeba nam zatem dziś innych narzędzi zarządzania rzeczywistością. Przestają się sprawdzać reguły klasycznej ekonomii. „W Polsce od ponad ćwierć wieku nie było recesji. Osiągnęliśmy sukces gospodarczy, bo oficjalnie zaliczamy się już do gospodarek wysoko rozwiniętych. Ale nierówności majątkowe utrzymują się na bardzo wysokim poziomie /…/. W niektórych dziedzinach notujemy wręcz regres. /…/ Przez cały niemal okres transformacji kwestie społeczne i ekologiczne były marginalizowane, bo baliśmy się przede wszystkim o wzrost PKB. Stąd też wzrostowi gospodarczemu nie towarzyszył dostateczny postęp społeczny i ekologiczny.” Określa się to mianem darwinizmu społecznego, z niedostatkiem usług publicznych, edukacyjnych czy komunikacyjnych. Gdy nadrzędnym celem jest zysk, bezwzględna pogoń za nim kończy się powstaniem „społeczeństwa rottweilerów”. Relacje międzyludzkie się komercjalizują i redukują do tego, kto komu wyszarpie większy kawałek. Inna rzecz, że żyjemy w gospodarce nadmiaru. Popyt przestaje nadążać za rosnącą podażą. „Produkcja tanieje już nie tylko za sprawą migracji kapitału, który trafia tam, gdzie praca i inne koszty okołoprodukcyjne są najniższe.” Ponieważ końcowy koszt wytwarzania towarów spada niemal do zera, właściciele kapitału gromadzą coraz wyższe nadwyżki finansowe. Z kolei robotnika w fabryce Forda nie stać na samochód tej marki. Zacznie brakować miejsc pracy etatowej. Znaczenia zatem nabiera polityka społeczna. „Musimy dostrzec w niej przede wszystkim narzędzie do stymulacji rozwoju.” Zagrożenia są spore. Choćby protesty, podobne do francuskich. Migracje. W tej sytuacji chodzi o stworzenie warunków, w których posiadaczom kapitału zacznie się opłacać inwestowanie go w większym stopniu poza rynkami kapitałowymi, a jednocześnie żeby to służyło postępowi społecznemu i ekologicznemu. To nasze być i nie być.

 

nr 24

„Może przestać padać deszcz” – zapowiada Zbigniew Karaczun. Z profesorem Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego rozmawiała Barbara Jagas, zaniepokojona pojawieniem się w Polsce komara tygrysiego.

Jeszcze się nie u nas zadomowił, ale w Czechach np. spowodował śmierć pacjenta na dengę. Warunki już sprzyjają przenoszeniu się do Europy zwierząt i roślin, a więc i chorób, występujących dotąd tylko w tropikach. Polscy politycy lekceważą niebezpieczeństwa związane ze zmianą klimatu. Mimo że są informowani, iż wszystko zmierza do obniżenia się bezpieczeństwa żywnościowego Polski. Zmniejszy się pewność produkcji rolnej. „Coraz trudniej będzie w Polsce uprawiać ziemniaki, bo one są zimnolubne. Zmieni się zasięg występowania niektórych roślin dziko żyjących. Przykładem jest wycofywanie się świerka z Puszczy Białowieskiej, bo robi się dla niego za ciepło. Inna zła wiadomość: już pojawiły się nowe choroby roślin i zwierząt, które wcześniej nie występowały w Polsce. Wśród nowych szkodników upraw mamy omacnice prosowiankę, szkodnika kukurydzy, który potrafi zniszczyć uprawy nawet w 80 proc. Mamy też pierwsze przypadki wystąpienia choroby niebieskiego języka u bydła.” Niby wiadomo, co robić, żeby chronić klimat, ale podejmuje się działania akurat przyspieszające jego ocieplanie. „Proszę zwrócić uwagę na to, ilu polityków pracuje w spółkach węglowych i całym sektorze energetyczno – górniczym, węglowym.” Cały świat odchodzi od paliw kopalnych, tymczasem w Polsce wręcz likwiduje się energetykę wiatrową. Naciski polityczne są tak duże, że nikt nie śmie protestować. Choć grozi nam, że może zabraknąć prądu w całym kraju, tak jak to się zdarzyło niedawno w Szczecinie. Czeka nas niebawem świat, w którym nie będziemy w stanie wyżyć. W niektórych regionach przestanie padać deszcz, w innych zmieni się rozkład opadów. Znikną lodowce. Z Azji i Afryki ludzie ruszą tam, gdzie nie będzie aż tak źle, jedynie gorzej. Ruszą do Europy … Chyba że w ciągu najbliższych 12 lat obniżymy emisję gazów cieplarnianych i nie przekroczymy ich krytycznej ilości w atmosferze.

 

 

nr 104

„Wjeżdżamy na prądzie w ślepy zaułek” – wydaje się Łukaszowi Bąkowi. Uznaliśmy samochody na prąd za naszą przyszłość. Dzięki nim mamy mieć miasta bez smogu i hałasu. Zatrzymamy ocieplenie klimatu. Ba, zadowolimy Brukselę.

Jest jednak pewne „ale”. Ochrona środowiska. Czy jest zatem z czego się cieszyć? „Jako człowiek, który sumiennie segreguje śmieci, ma w domu wyłącznie energooszczędne żarówki, nie kupuje cebuli na styropianowych tackach i pilnuje, żeby dzieci nie spuszczały całej wody ze spłuczki po zrobieniu siku, bardzo chciałbym, aby faktycznie było co opijać. Niestety, jestem pewien, że w rzeczywistości wjeżdżamy w ślepą uliczkę, na której końcu czai się góra elektrośmieci. /…/ Prawdziwa katastrofa czeka nas, gdy nowe samochody staną się stare.” W przypadku sprzętów elektronicznych na początku też jest wspaniale. Po paru latach baterie jednak tracą sprawność. Najnowocześniejsze technologie pozwalają odzyskać i wykorzystać część materiałów z litowo – jonowych baterii. Resztę trzeba zutylizować. To bardzo energochłonne procesy. „W całej Europie co roku legalnie złomuje się ok. 10 mln samochodów. Wyobraźmy sobie, że w nieodległej przyszłości 20 proc. z nich będzie elektrycznych. Innymi słowy, zmierzymy się z problemem przerobienia 2 mln baterii litowo – jonowych. Albo jeśli to bardziej przemówi do naszej wyobraźni – 10 mld smartfonów. Ewentualnie 160 mln hulajnóg.” Jak zareaguje natura?

 

nr 22

Bolesław Parma przyjrzał się „Dziesięciu przykazaniom”. Według biblijnej Księgi Wyjścia, dziesięć przykazań pochodzi od samego Boga, który przekazał je ludowi izraelskiemu za pośrednictwem Mojżesza.

Tyle że Mojżesz je potłukł. Bóg zatem polecił mu spisać słowa, które usłyszał na dwóch innych kamiennych tablicach. Tora zawiera dwie ich wersje. Jedną właśnie w Księdze Wyjścia, a drugą w Księdze Rodzaju. Różnią się one od siebie np. w kwestii święcenia szabatu czy odniesienia do pozycji żony. „Jedno z tłumaczeń zakłada, że wersja Dekalogu z Księgi Powtórzonego Prawa – jak mówi sama nazwa – jest tylko powtórzeniem z Księgi Wyjścia i stąd te różnice. Cokolwiek by jednak mówić, przykazania stały się podstawą moralności Izraela. Ludzi wierzących powinny raczej niepokoić zmiany w Dekalogu, których dokonał Kościół katolicki. „Drugie przykazanie złączył z pierwszym, natomiast dziesiąte rozdzielił na dwa osobne przykazania /…/. Nakaz święcenia szabatu przemienia Kościół na nakaz święcenia niedzieli /…/. Wbrew temu co głosi Kościół, zmiany te bynajmniej nie są formalne /…/. Drugie przykazanie Dekalogu zakazuje bowiem kultu wizerunków /…/, których pełno jest przecież w katolickich kościołach i domach, a nawet w przestrzeni publicznej. Kościół rzymski usankcjonował więc coś, co Biblia nazywa bałwochwalstwem. Co gorsza uczynił to, chociaż głosi, że Dekalog zawsze jest taki sam, niezmienny, dobroczynny oraz dyspensa może istnieć od spraw ludzkich, a nie od Bożych/…/.” Zmiany przyczyniły się do wielu krwawych prześladowań innowierców, pociągnęły za sobą przykre następstwa w sferze wiary i moralności. „Wszak nadal wielu wiernych, dzięki swoim księżom, nie zna biblijnej treści Dekalogu i dopuszcza się bałwochwalstwa, z którego zysk czerpie kler i wytwórcy bożków /…/.” Autor usprawiedliwia się, że nie poświęcałby temu tyle miejsca, gdyby Kościół tak często nie powoływał się na Biblię. A czyni to zawsze, ilekroć są piętnowane jego nadużycia i przestępstwa. Wówczas retoryka jest taka sama: to atak na Kościół i polskie państwo. Jeśli biblijny Dekalog odgrywał ważną rolę w życiu i nauczaniu Jezusa, apostołów oraz pierwotnej wspólnoty mesjanistycznej, jeśli tak było u zarania chrystianizmu, to kogo dziś osoby wierzące mają słuchać? – pyta. I dodaje, że z biblijnego punktu widzenia najważniejsze jest posłuszeństwo. „Kto słucha i czyni, ten buduje na trwałym fundamencie – na opoce. Trzeba zatem bardziej słuchać Boga niż ludzi (Dz 5, 29 ), i to niezależnie od tego, za kogo się podają.”

 

wybrała /ewa/