Strona główna / W numerze / Kazimierzowskim szlakiem

Kazimierzowskim szlakiem

I to m.in. kościoły kazimierzowskie obrał sobie za cel Oddział Międzyszkolny PTTK w Starachowicach. Z imponującej grupy budowli króla Kazimierza Wielkiego wyróżnia się ta zwana pokutną, historia tych fundacji wiąże się z osobą samego króla, biskupa krakowskiego Bodzanty oraz wikariusza katedralnego Michała Baryczki. Zarówno Bodzanta jak i Kazimierz Wielki nie pałali do siebie sympatią, nie trzeba było więc długo na czekać na jawny zupełnie konflikt tym bardziej, że królewskie serce było równie pojemne jak łoże. Kobiet u Kazimierza Wielkiego nigdy nie brakowało, nie przeszkadzały mu w tych miłościach ani obowiązki królewskie, ani małżeńskie, biorąc zatem pod uwagę powyższe biskup Bodzanta ekskomunikę na króla rzucił. Decyzję o tejże królowi przekazał Michał Baryczka, ksiądz, który za wypełnienie swojego obowiązku został uwięziony, a następnie utopiony w Wiśle niczym znany wszystkim Św. Jan Nepomucen. Tak na marginesie, o ile Jan Nepomucen doczekał się pomników i sławy, to o Baryczce nie pamięta prawie nikt, poza może przewodnikami i historykami.

Sprawa oparła się o papieża, król Kazimierz musiał się ukorzyć i tym samym odkupić swoje winy świątynnymi fundacjami. Dzięki temu dziś kościoły serii baryczkowskiej cieszą oczy wszystkich, którzy decydują się ziemię sandomierską odwiedzić.

Busko Zdrój cieszy się niesłabnącą popularnością

Pierwszą za cel obieramy Stopnicę, ulubione miasto Kazimierza Wielkiego. Miasto, w którym wielka historia powiedziała już co miała powiedzieć i zamilkła. Wyniesiona do rangi miejskiej w 1362 roku, otoczona murami, z górującą nad miastem farą dziś przyprawia już tylko o melancholię. Podróżując śladami kazimierzowskimi, członkowie OM PTTK skupili się głównie na tym, co z Kazimierzem Wielkim się wiąże czyli z ufundowanym przez niego Kościołem pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. To klasyczny przykład kościoła serii pokutnej, pseudodwunawowy, zniszczony podczas działań wojennych niemal w 80%, w odbudowie zachowano pierwotny styl. O jego wielkiej historii przypomina chociażby zwornik na sklepieniu z wyobrażeniem królewskiej głowy fundatora kościoła – to najcenniejszy element stopnickiej świątyni.

Świątynie fundacji ekspiacyjnej są ewenementem ze względu na filary oddzielające nawy, przez które nie widać prezbiterium. Jedni mówią, że to żart Kazimierza Wielkiego, który kościoły fundował tak, żeby ukryta była najważniejsza świątynna część, ale są głosy mówiące, że w takiej formie kościoły owe trochę ze skąpstwa powstały, niby fundacja, ale jednak oszczędna. Jaka jest prawda? Jaka się komu podoba – ocenić najlepiej samemu.

Któż by nie chciał takiego domu

Stopnica dziś niewielka, czasem senna, troszkę zapomniana piękną historią stoi i przynajmniej kilkoma zabytkami zachęca do odwiedzin. Oprócz kościoła pokutnego wielkie wrażenie na uczestnikach wycieczki zrobił dawny Klasztor O. Reformatów. Tu echa historii wybrzmiewają z muru otaczającego kościelny dziedziniec, w który wmurowano epitafijne tablice ze starego zniszczonego przez Niemców kościoła. Z tym miejscem związany jest i tu pochowany, wraz z matką, niegdysiejszy właściciel Smogorzowa, polski pamiętnikarz epoki baroku Jan Chryzostom Pasek.

Cisza – ta zawsze towarzyszy historii zaklętej czy to w kamieniu tylko czy we wspomnieniu. Tylko to ostatnie zostało po stopnickim zamku, wybudowany przez króla Kazimierza Wielkiego gościł w swych progach wiele lat później inną koronowaną głowę – Stanisława Augusta Poniatowskiego. Odbudowany w połowie XX wieku jest w stylu… bezstylowym, o wielkiej historii przypomina jedynie zachowany kolumnowy ganek.

W malowanym dzbanku…a nie, to studnia przecież

Po kolejną porcję wiedzy starachowicki OM PTTK udał się do miasteczka, któremu historii niejedna metropolia pozazdrościć może. Miasteczka, które od niedawna ponownie miastem dumnym się stało i w którym wiele z polskiej historii się zaczęło. Uczestnicy wycieczki jednogłośnie oznajmili, że to właśnie tu najpełniej zachowała się i najbardziej jest widoczna małomiasteczkowa architektura. To mekka dla tych, którzy chcą zapomnieć o toczącym się tuż za zakrętem życiu, zatopiona w słońcu, z górującą nad rynkiem farą, śni o minionych czasach świetności. A jest o czym. Nowy Korczyn, bo o nim mowa, położony na szlaku handlowym zyskał prawa miejskie od urodzonego w pobliżu Bolesława Wstydliwego, dokument lokacyjny stał się wzorem dla innych miast, stąd na przykład taki Skaryszew prawa miejskie otrzymał na prawie korczyńskim właśnie. Książę Bolesław Wstydliwy związany z tymi stronami rodzinnie będzie o nie dbał do końca, podobnie jak jego żona – Święta Kinga, która często, chcąc czy czasem nie chcąc, tu bywała.

Pątniczka z pokutnikiem na kościelnym dziedzińcu

Z nią związane są… legendy, które uczestnicy wycieczek bardzo lubią – nie mogło ich zatem zabraknąć i tu. O tym, że Święta Kinga powinności małżeńskich spełniać nie chciała wiedzą wszyscy, ale o cudach, które towarzyszyły jej wymykaniu się korczyńskiego zamku już tylko nieliczni. A tak właśnie bywało, kiedy oddana przez swojego męża pod opiekę jego matki musiała być pod nieustannym jej czujnym okiem. Dniem i nocą, bo spały również w jednej komnacie, żeby móc się modlić musiała wymykać niezauważona do kościółka w Starym Korczynie, a sprzyjała jej cała natura. Obłoki osnuwały drogę, którą kroczyła by nikt nie wiedział gdzie i czy w ogóle gdzieś zmierza. Nie można nie wspomnieć również o rzadziej już dziś odwiedzanym źródełku Świętej Kingi, które ponoć od jej czasów tu płynie i moc uzdrawiającą posiada.

Nowy Korczyn stoi co prawda tylko dwoma kościołami, ale za to jakimi. W zachwyt wszyscy popadli zarówno nad kościołem farnym jak i nad księdzem, który do oprowadzania się rwał. Ten kościół pod wezwaniem Świętego Stanisława to świątynia cudnej urody ze świętą Kingą w tle, dziś co prawda nie ma klasztoru, który do świątyni przylegał, ale klimat pozostał. Rozbudowany przez Kazimierza Wielkiego cieszy oczy wczesnogotycką polichromią czy nietypowym prezbiterium zamkniętym ścianą prostą. Uwagę zwraca wystające ze ściany śmigło. Zewsząd spogląda na wiernych Święta Kinga, o której ksiądz gawędziarz mówiłby godzinami – gdyby mu na to pozwolić. Wycieczka więc wyjść z kościoła nie chciała.

Panom też do twarzy w kolorze

Tuż przy rynku ulokował się inny kościół Świętej Trójcy i Świętych Wawrzyńca i Elżbiety. Kościół o tyle nietypowy, że w jego kryptach spoczywa Żyd nawrócony na katolicyzm.

Ciekawostką jest natomiast przeznaczenie kościołów, w pierwszym, Świętego Stanisława, udzielane są śluby, w Świętej Trójcy i Świętych Wawrzyńca i Elżbiety mieszkańcy Korczyna żegnają natomiast swoich bliskich.

Nowy Korczyn zaskoczył starachowickich podróżników również tym, że w zachowanej do dziś, co prawda nie w całości, kamienicy zwanej Domem Długosza, mieściła się doskonała szkoła parafialna. Szkoła, której absolwenci stanowili trzon studenckiej braci Krakowskiej Akademii. Krakowska uczelnia dawała tu swoich nauczycieli, co podwyższało i tak wysoki już poziom nowokorczyńskiej placówki. Ale żeby zaskoczyć bardziej, to konia z rzędem temu, kto wiedział, że uczniem tejże szkoły był przyszły wybitny kronikarz – Jan Długosz. Mieszkał w nowokorczyńskim zamku z ojcem, starostą korczyńskich dóbr.

Nie zobaczymy niestety zamku, który postawił tu Kazimierz Wielki, zamku, który był świadkiem wielu ważnych wydarzeń – tu m.in. hołd lenny złożył Kazimierzowi Jagiellończykowi Wielki Mistrz Zakonu Marcin Truchses. Zamkowy kamień swoją historią posłużył do budowy korczyńskiej synagogi, która w niezłym stanie stoi na nadnidziańskiej skarpie. Pokusić się można o znalezienie babińca czy zachowany do dziś aron ha – kodesz (miejsce, w którym przechowywano zwoje tory).

Wspinaczka starachowickim turystom niestraszna

Niby niewiele, niby nic takiego, a wszyscy wyjeżdżali zachwyceni urokiem prowincjonalnego, w dobrym tego słowa znaczeniu, miasteczka. Urocze kamieniczki, malutkie przydomowe ogródki, ganki i kawiarenki wokół rynku – wszystko tworzy nierozerwalną i harmonijną całość, której tłem jest wielka historia i dwa kościoły, tak różne a mimo to doskonale się uzupełniające.

Można by rzec, że koniec, ale do końca jeszcze trochę, mimo że kolejny etap wycieczki Oddziału Międzyszkolnego PTTK to już nie kościoły i królewska historia a rozrywka po prostu. To, czego zdrożony podróżnik potrzebuje najbardziej… czyli dojeżdżamy do jednego z najbardziej kolorowych miejsc w Polsce – Zalipia i Zagrody Felicji Curyłowej. To już co prawda nie województwo świętokrzyskie, ale tak blisko, że szkoda byłoby ominąć. Zanim jednak chata malowaną się stała, najpierw były białe „paćki”, którymi gospodynie ozdabiały ciemne domostwa. Tak paćkały, aż białe kolorowym się stało i rozpoczęły się zdobienia wszystkiego co pod ręką – kolorowe kwiaty znalazły się na ścianach, piecach, sufitach, drzwiach, płotach i na wszystkim na co padło kobiece spojrzenie. Trudne to były czasy, szara, powojenna rzeczywistość dopiero budziła się ze snu, a Felicja Curyłowa i jej podobne skutecznie jej w tym pomagały. Dziś Zalipie kusi kolorem, a że każda kobieta w kolorze pięknie wygląda, to uczestniczki wycieczki fotografowały się na potęgę.

Zwiedzanie zwiedzaniem, rozrywka rozrywką, ale kiedy w oczach turystów widać dwa ogromne parujące kubki z kawą, to robi się dość groźnie i zabrać trzeba wszystkich na przerwę. Park Zdrojowy w Busku Zdroju nadał się do tego idealnie. Ci bardziej zmęczeni zabrali się za późny obiad, inni zaś pognali w miasto, by dać się ponieść kolejnym wrażeniom. Jednak to właśnie Park Zdrojowy, założony w XIX wieku, cieszy najbardziej, to tu można się przejść Aleją Sław muzyki poważnej, tu przy odrobinie szczęścia trafić można na koncert. Muszla i Łazienki czyli Sanatorium Marconiego, to serce miasta i parku, członkowie OM PTTK spacerowali zatem między klombami, przesiadywali na parkowych ławeczkach i w ogródkach kawiarnianych, a szum fontann, charakterystyczna woń siarki, dźwięk skrzypiec dopełniający idyllicznego krajobrazu, sprzyjał odpoczynkowi po dniu pełnym wrażeń.

(a. marciniak)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *