Strona główna / W numerze / Jaka piękna katastrofa

Jaka piękna katastrofa

 

Z roku na rok, z dnia na dzień, z minuty na minutę coraz bardziej ingerujemy w życie naszej planety. Teraz już chyba mając pewność, że ten wspólny dom kilku miliardów Ziemian powoli – ale tempo gwałtownie rośnie!  – niszczeje. Ponad miarę eksploatowany. I na nic zdadzą się uspokajające słowa najwyższego rangą polskiego dostojnika, że to wcale nie człowiek degraduje własne środowisko naturalne. A kto? Słoń? Żyrafa? Lis? A może mrówka?

Jak dotąd tylko dwie nastoletnie dziewczynki, Skandynawka i … Polka, zauważyły, jaka to nieciekawa przyszłość rysuje się przed nimi. Że obecne dorosłe pokolenie funduje im zatruty świat. Wokół ich tegorocznych protestów tłumów podobnie do nich myślących jakoś nie widać. Widocznie większość dokumentalne migawki z głębin oceanów usłanych foliówkami, o rybach i ssakach morskich dławiących się plastikiem nie wspominając, traktuje niczym bajki o żelaznym wilku. Nawet topniejące lody na biegunach nie robią wrażenia. Przecież świat trwał przed nami, więc i po nas potopu być nie może. No nie wiem. Ba, wydaje mi się, że katastrofa jest całkiem blisko. I kto, jak kto, ale Polacy zaczynają przodować w konstruowaniu równi pochyłej, po której stoczymy się na samo dno. Jeśli to dno jeszcze będzie. Na pewno się jednak unicestwimy.

Wiosną żal mi drzew wypuszczających liście. Na niejedno bowiem przez zimę wiatr zawiał reklamówki, którymi równo wyścieliliśmy ziemię. Trochę – aczkolwiek wciąż niewiele – dało wprowadzenie za nie opłat. Tyle że teraz ciężar pakowania towarów biorą na siebie jednorazówki przeznaczone na warzywa albo pieczywo. Te rozkładają się równie długo, jak wykonane z grubej folii. A że mało komu chce się nosić torby wielokrotnego użycia, te cieniutkie mają niebywałe wzięcie. Mam nadzieję, że od dziś, każdy, kto te słowa przeczyta, zastanowi się, zanim po nie sięgnie. Zwłaszcza jeśli ma dzieci i wnuki. Niech spróbuje sobie wyobrazić ich dorosły świat. Będą go oglądać z krótkim oddechem i ogólną niemocą organizmu.

Szkoda, że otwartość na świat, z chwilą transformacji, co któryś tam Polak zrozumiał opacznie. Zobaczył ją właśnie w foliówkach, w powszechnej motoryzacji i automatyzacji życia. I nieszczęsnej kostce Bauma. Za chwilę w pięknych, zielonych niegdyś Starachowicach z każdego kąta wyzierać będą beton i blacha. Nie honor przecież nie mieć własnego samochodu. Jak największego, choćby miało się nim jeździć w pojedynkę.

Tylko jedna młoda koleżanka korzysta z usług MZK, dojeżdżając do pracy. Te spoza Starachowic nie mają wyjścia – publiczna komunikacja szwankuje – muszą zasiąść za kierownicą. Ale miejscowe? Robią to samo. Jeżdżą autami z ulicy Wojska Polskiego na Hutniczą albo z ulicy Długiej na rynek! Nie bacząc, że w tej okolicy są trudności z parkowaniem. Żadna ze starachowiczanek nie pomyśli, że zanieczyszcza spalinami atmosferę, że ta jej blacha emituje ciepło itd.

Starachowiczanie nie chcą spalarni śmieci. Bo się poduszą, wdychając emitowane z kominów gazy. Jednocześnie przyzwalają na spalanie w domowych kominkach rozmaitych nieczystości, co przez zimę wywołuje zjawisko permanentnego smogu. Ale to jest według nich w porządku. Gdyż to sąsiedzkie śmieci. Prawie jak własne, więc nie ma się co awanturować. Prawdę mówiąc, sama nie wiem, czy można tę spalarnię u nas zbudować, czy nie. Tyle że w niedalekiej przyszłości takie rozwiązania mogą być konieczne wszędzie. Z powodu nadmiaru śmieci, które człowiek, a zatem każdy starachowiczanin wytwarza. Zamiast protestować, należałoby posłuchać ekspertów. Te kilka tekstów w rzeczonej sprawie na niniejszych łamach sporo mi dały. Potraktowałam je edukacyjnie. Nie na wszystkie rodzące się podczas ich lektury pytania potrafiłam sobie odpowiedzieć. Jeśli spalarnie się nam nie podobają, to czym je zastąpić? Chyba że chodzi tylko o to, żeby spalarni nie było w Starachowicach? No to gdzie? W Skarżysku – Kamiennej? W Ostrowcu Świętokrzyskim? Nie wolno nam uciekać od tematu. Bo wróci, bez względu na wynik wrześniowego głosowania w tej sprawie.

Katastrofa ekologiczna wydaje się bliska. I to my, ludzie, ją wywołujemy. Od nas też zależy, czy odsuniemy ją w czasie. Na początek rezygnując z plastiku na miejskich imprezach, jak ogłosił prezydent. Także sadząc drzewa, co również obiecują lokalne władze. Na razie jednak w środku miasta coraz ich mniej (właśnie na „Skarpie” wycięto rajskie jabłonki). Więcej za to kostki brukowej. Ku zadowoleniu beneficjentów 500 plus. Choć to właśnie przychodzące na świat dzieci (zgodnie z ideą programu ma ich być po kilkoro w rodzinie) za parę lat wystawią rachunek swoim rodzicom. Oby nie zbyt słony.

/ewa/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *