Strona główna / W numerze / Z rodziną Addamsów

Z rodziną Addamsów

Mimochodem

Że warto mieć w domu trochę słodyczy, przekonał mnie ostatni dzień października. Teraz już zawsze będę odnawiała ich zapas, bo – jak się okazuje – nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. A przecież nawet reklamy – tu mam na myśli szczególnie jedną, czekoladek, wzmacniających słowo „dziękuję” – zwracają uwagę na ich niezawodność w niektórych sytuacjach.

Tym razem jednak musiały zostać użyte w innym celu. Jako wykup albo – jak kto woli – okup. Inaczej mogłoby się zdarzyć coś niespodziewanego. Jak to w rodzinie Addamsów (słynnej familii z filmu – klasyka gatunku). Tylko co? Bo jakoś nie wpadło mi do głowy, żeby spytać. Od razu sięgnęłam po słodkości.

Zazwyczaj nie reaguję wieczorami na pukanie do drzwi, tego dnia jednak, zważywszy na uporczywość dobijania się, otworzyłam je szeroko. Ba, nawet nie pytając, kto tak się tłucze. I okazało się, że dobrze zrobiłam. Na korytarzu co prawda nie stała zdenerwowana sąsiadka, której akurat skończył się cukier, lecz dwie drobiny z kocim malunkiem na twarzy – jedna i gustownymi wampirzymi kłami – druga. Widząc moją konsternację, zawołały zgodnym chórem: „cukierki albo psikus!”

Przekonana przez media poprzednimi laty, jaki to zły jest przywleczony z Zachodu zwyczaj przebierania się przed 1 listopada w stroje rodem z zaświatów i nachodzenia nieznanych sobie ludzi, poddałam się tej histerii. Wyparłam Halloween z głowy. Kompletnie o nim zapomniałam. A tu taka niespodzianka.

Malutkie dziewuszki byłyby pewnie zawiedzione, gdyby odeszły z kwitkiem od moich drzwi, więc czym prędzej wyjęłam z lodówki czekoladki, kupione dla zaprzyjaźnionej seniorki. Dostanie inne. Koci makijaż i wampirze kły były warte całej góry słodkości. Ale czy tak samo uważali sąsiedzi, do drzwi których – jak mniemam – dziewczynki chyba też pukały? Na odpowiedź wcale długo nie czekałam.

Nie minęło pół godziny, gdy znów usłyszałam stukanie. Otworzyłam drzwi tylko dlatego, że sama nie chciałabym przeżywać zawodu niezdobycia fortecy, wydającej się w zasięgu ręki. Dziewczyny za drzwiami były tym razem starsze. I też domagały się cukierków. A o te było u mnie trudno, lecz jakieś czekolady się jeszcze uchowały. Niby dla zdrowia, bo nie ma jak kawałek gorzkiej na poprawę nastroju.

Nie do wiary, lecz worek z halloweenowcami się w moim bloku tego dnia chyba rozerwał. Nie pojmowałam, jak w  Starachowicach, sądząc po wynikach parlamentarnych wyborów, mogło dojść do wysypu takiej liczby młodych przebierańców?! Zupełnie nie po myśli określonej grupy edukatorów. Bo co? Starsi sobie, a młodsi sobie? Nauka idzie w las? Jedynie słuszna nauka, o czym zresztą niedawno debatowano na sesyjnych obradach Rady Powiatu? A mianowicie, w jaki sposób stawić czoła „ideologii” LGBT, jeśli taka w ogóle istnieje, podobnie jak i inne strachy. Stanowiska lokalnego PiS nie przyjęto. Pewnie dlatego 31 października do moich drzwi nie pukała młodzież z orszaku Wszystkich Świętych. Raczej wyznawcy Harry`ego Pottera. Choć ci ostatni pukający nawet i na takich nie wyglądali. Mieli na twarzach maski, znane z thrillerów o napadach na banki, więc mimowolnie chwyciłam za portfel. Ale i oni chcieli coś słodkiego. Takie dryblasy?! Dostali ostatnią czekoladę z lodówki. Wraz z zapewnieniem, że sprzyjam zdrowej aktywności młodych. Również halloweenowej, gdyż zawsze to lepsze niż siedzenie przed komputerem albo spoglądanie w smartfon.

Od słowa, do słowa, zgadaliśmy się, że chłopcy pielgrzymują od drzwi do drzwi, lecz nie mają szczęścia. Chyba byłam pierwsza w tej klatce, która na pukanie zareagowała. A przecież im tak naprawdę nie chodziło o czekoladę, jak mi powiedzieli. Ani o psikus. A o zabawę. Żeby zaskoczyć lokatorów. I żeby zobaczyć to ich zaskoczenie. Jak widać, niezbyt się udało. Zaskoczona była młodzież, gdyż trafiła na mur obojętności i niechęć międzypokoleniową.

Halloween czy orszak świętych albo kolędnicy – nie ma znaczenia. Byle zapał młodych został przez dorosłych dostrzeżony. Inaczej zniknie. Albo przerodzi się w złość i agresję.

Nadmiar energii młodzi chłopcy chcieli wyładować w halloweenowej zabawie.  Dorośli z mojego bloku dali im do zrozumienia, że jej nie pochwalają. Bo ktoś wymyślił, że ma niewłaściwy wydźwięk. Ten sam dorosły, który wierzy w rozmaite gusła i zabobony. Że czarny kot przebiegający drogę przynosi nieszczęście. I przechodząca zakonnica. To tak dla równowagi. Może by więc z tym skończyć? Ponoć już św. Jan Bosko mówił do pierwszych salezjanów: „Trzeba kochać to, co kocha młodzież, a wtedy młodzież pokocha to, co wy kochacie.”

Tak jak wzięliśmy z dobrodziejstwem inwentarza Walentynki (jest na nie społeczne przyzwolenie, bo śle się sobie serdeczności), weźmy też i ten bajkowy Halloween. I kupmy w przyszłym roku starachowickie śliwki w czekoladzie, by częstować nimi młodych straszących psikusem. Tylko czy młodzi, zrażeni tegorocznym dystansem blokowych lokatorów do wszelakich przebieranek, zdecydują się na powtórkę z rozrywki?

 

/ewa/

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *