Strona główna / Aktualności / „Sztuka jest dla mnie pasją, miłością i tlenem”

„Sztuka jest dla mnie pasją, miłością i tlenem”

O sentymentalnym spojrzeniu na Starachowice, fascynującym życiu w Nowym Jorku i tworzeniu opowiada Janusz Skowron. Rysownik, malarz, grafik, fotograf. Absolwent UMCS w Lublinie, artysta od lat mieszkający i tworzący w USA, promotor polskiej sztuki w Nowym Jorku.

Napisał mi Pan, że dla Starachowic zawsze ma czas. Dlaczego? Przecież nie jest to Pana rodzinne miasto?

– Starachowice były i nadal są ważnym miejscem w moim życiu. Stąd pochodzi moja żona Ania, tu urodzili się synowie Artur i Miłosz, tu mieszkałem i pracowałem przez ponad osiem lat przed wyjazdem na stałe do Nowego Jorku. Często wracam wspomnieniami do Starachowic, mając wielki sentyment do tego miasta. Staram się utrzymywać kontakt z dawnymi przyjaciółmi i w miarę często tu przyjeżdżać, głównie ze względu na związki rodzinne.

Jest Pan w stanie bez większych oporów pokonać Atlantyk, by wziąć udział w interesujących inicjatywach kulturalnych, jakie odbywają w naszym mieście. To rzeczywiście świadczy o niezwykłym przywiązaniu do Starachowic. Co Pan tu robił przez te 8 lat?

– Miałem szczęście. Szybkie znalezienie właśnie tutaj pierwszej po studiach pracy związało mnie emocjonalnie z miastem. Jako instruktor plastyki w Młodzieżowym Domu Kultury miałem okazję nie tylko przekazywać zdobytą wiedzę uzdolnionej młodzieży, ale także realizować własne pomysły prezentacji sztuki. Współpracowałem ze wspaniałymi instruktorami. Prowadziłem również zajęcia plastyczne w SP 9 i SP 10.

– Rysownik, malarz, grafik. Jak zaczęła się Pana przygoda ze sztuką?

– Jako dziecko podziwiałem historyjki „walk dobra ze złem”, które z wielkim emocjonalnym zaangażowaniem rysował dla mnie głuchoniemy dziadek, Jan Król. Ta rysunkowa więź stanowiła potem silną nić porozumienia między nami i niewątpliwie wywarła znaczący wpływ na moje plastyczne zainteresowania. Z tamtych czasów pamiętam, że lubiłem „bazgrać” na czym popadło…

– I to doprowadziło Pana do studiów w Instytucie Wychowania Artystycznego na UMCS w Lublinie, które uporządkowały artystyczne zainteresowania?

– Studia to czas bardzo intensywnie wypełniony sztukami wizualnymi (m.in. rysunek, grafika, malarstwo, rzeźba, fotografia), historią sztuki połączoną z wyjazdami zabytkoznawczymi, letnimi plenerami malarskimi, współprowadzeniem studenckiej galerii KONT, życiem towarzyskim i kulturalnym Lublina. W mieście nad Bystrzycą miałem pierwsze profesjonalnie zorganizowane zbiorowe i indywidualne wystawy oraz pierwszą zagraniczną w Debreczynie na Węgrzech. Zamknięciem tego etapu był dyplom z litografii u prof. Danuty Kołwzan – Nowickiej. Później były Starachowice z pamiętną dla mnie wystawą grafiki w galerii KMPiK – otwartą jeszcze przed stanem wojennym…

– Od tamtej pory wystawy są nieodłączną częścią Pana życia. Czy któraś z nich zapadła Panu szczególnie w pamięć?

– W mojej ponad 40 – letniej pracy artystycznej uczestniczyłem w około 300 wystawach indywidualnych i zbiorowych. Trudno mi zdecydowanie wyodrębnić jedną szczególną. Mile wspominam wiele wystaw, szczególnie w tak prestiżowych miejscach jak Harvard, Chelsea, Roi Dore, Asto Museum, Luneville oraz sentymentalne: w lubelskiej galerii KONT i starachowickim Ekomuzeum…

– Czyli znów wracamy do Starachowic… Ale przecież od wielu lat mieszka Pan w USA. Czy to było marzeniem od zawsze?

– Choć cyganka w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku na kolbuszowskim rynku wywróżyła mi wyjazd za „wielką wodę”, Ameryka nie była moim marzeniem. Moi przodkowie ze strony ojca zaczęli już pod koniec XIX wieku wyjeżdżać z zaboru austriackiego do Stanów. Tak zrobili moi przyszli dziadkowie: Ewa Firaza i Franciszek Skowron, którzy wysiedli ze statku na nowojorską wyspę emigrantów Ellis Island. Pobrali się w 1914 roku w Central Falls w stanie Rhode Island. Jednak tuż przed II Wojną Światową wrócili do Polski. Mój tata nabył amerykańskie obywatelstwo po rodzicach, co otworzyło drogę całej mojej rodzinie do legalnego pobytu w USA.

– Jak się żyje w Nowym Jorku? Mieście owianym legendą?

– Nowy Jork jest fascynujący. Olbrzymie miasto pełne kontrastów, pnące się wciąż w górę, z nowoczesną architekturą, piękniejące w oczach i …coraz droższe! Czuję się w tym tyglu bardzo dobrze. Każdy, kto odwiedza Nowy Jork, zazwyczaj jest zaskoczony hałasem tego miasta, korkami na ulicach, tłumami w metrze… Lubię Manhattan i Brooklyn, ale od początku mieszkam na Queensie. Jako ciekawostkę dodam, że w dzielnicy Woodside, tuż obok mojego bloku, znajduje się geograficzne centrum miasta Nowy Jork. Mieszkam w pobliżu autostrady, lotniska i stacji metra z bezpośrednim połączeniem na Manhattan. Ciepłą wiosną, latem i słoneczną jesienią lubię odpoczywać i tworzyć na moim balkonie otoczony „gąszczem” tropikalnej zieleni wyhodowanej z nasion – pamiątek naszych podróży. To mnie wycisza i uspokaja. A do życia w Nowym Jorku potrzeba wyjątkowo duuużo cierpliwości.

– W znanym serialu „Ranczo” padają słowa, że łatwiej zorganizować wystawę w Nowym Jorku niż w Warszawie. Czy rzeczywiście łatwiej być artystą w USA niż w Polsce?

– Nigdzie nie jest łatwo być artystą, zwłaszcza utrzymującym się ze swojej sztuki. Jeżeli chodzi o mnie, to sztuka nigdy nie była dla mnie głównym źródłem utrzymania. Sztukę uprawiam z wewnętrznej potrzeby. W USA jest więcej twórców niż odbiorców sztuki, a sami artyści zdani są wyłącznie na siebie. Nie ma państwowych galerii jak i ministerstwa kultury, które zajmują się organizacją i promocją wystaw.

Czyli artysta musi być jednocześnie własnym managerem? A to przecież kłóci się z typowym obrazem artysty cierpiącego, oderwanego często od rzeczywistości i przyziemności. Skąd Pan czerpie natchnienie?

– Akumulatory natchnienia ładuję podczas wielu podróży po Ameryce i Europie oraz kontaktów międzyludzkich. Żona mi podpowiada, że z obłoków. To prawda. Od dziecka wpatruję się w niebo. Obecnie mam szczęście mieszkać w wieżowcu na 13 piętrze, z którego roztacza się wspaniała panorama Manhattanu i Brooklynu. Wschody i zachody słońca na ich tle stanowią prawdziwy spektakl natury, który obserwuję i fotografuję na co dzień z mojego balkonu lub okien pracowni.

– Tworzenie to rzeczywiście akt wynikający z natchnienia czy raczej postanowienie: dziś namaluję obraz? Popularny polski pisarz, Remigiusz Mróz, codziennie pisze kilkadziesiąt stron swojej powieści i traktuje to jak pracę. A jak jest w Panu przypadku?

– Jedno i drugie jest konieczne. Z natchnieniem tworzy się radośniej, przyjemniej i szybciej. Niestety – tak jak w poezji – ono tylko bywa. W moim przypadku sztuki nigdy nie traktowałem jako zawodu – rzemiosła. Na pewno uprawianie jej jest ciężką pracą, przynoszącą wiele zadowolenia, ale nie zawsze wystarczające do życia profity. Sztuka dla mnie jest pasją, miłością i tlenem. Bazuję na własnej wyobraźni. Nie naśladuję, nie odtwarzam natury, nie upiększam, ale ją wymyślam. Biorę kartkę papieru czy płótno i zaczynam rozmawiać improwizowaną kreską, kolorem… W trakcie tego powstają nieoczekiwane, niezamierzone kompozycje, które czasem nawet dla mnie są zaskakujące i zadziwiające.

– A jak współczesny artysta widzi świat XXI wieku?

– Z zasady nigdy sztuką nie komentuję wydarzeń społeczno – politycznych. Odbieraniu współczesnego świata mogą towarzyszyć bardzo skrajne emocje i tak jest w moim przypadku. Są chwile radości i zachwytu, ale bywają też momenty niepewności i obawy o bezpieczeństwo…

Na pewno bardzo pozytywne emocje towarzyszą Panu w czasie podróży. Które miejsca w USA są najpiękniejsze?

– Zdecydowanie najpiękniejszymi miejscami w Stanach są Parki Narodowe. Polecam odwiedzić stan Utah z Arches, Zion i Bryce National Park na czele. Jeśli wystarczy czasu, należy zahaczyć o Arizonę z Wielkim Kanionem Kolorado i Nowy Meksyk… Koniecznie trzeba też wpaść do Nowego Jorku pełnego muzeów i wszelakich innych atrakcji.

Tworzenie, podziwianie piękna świata to nie są Pana jedyne zajęcia w USA?

Udzielam się w życiu polonii nowojorskiej. Jestem jednym z dyrektorów Rady Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce – najdynamiczniej działającej instytucji historyczno – naukowej poza granicami Polski. Oboje z żoną systematycznie piszemy artykuły do prasy polonijnej i krajowej.

– Podobno promuje Pan polską sztukę?

– Wiem, że aspiracją każdego artysty jest zaproszenie do wystawy za granicą. I wiem, że nie jest łatwo zadebiutować w Wielkim Jabłku. Przed kilkunastoma laty udało mi się zdobyć pozwolenie na cykliczne wystawy w kawiarni Starbucks, powstałej w byłym historycznym i obszernym lokalu Chopin Theatre na Brooklynie. W ciągu 10 lat zorganizowałem tam 125 ekspozycji, głównie artystów z Polski. Potem powstała z mojej inicjatywy A.R Gallery, która zachwyciła odbiorców 65 wystawami. Moje bezinteresowne zaangażowanie zostało zauważone, a informacje o pokazach sztuki zawsze trafiały do amerykańskich i polonijnych mediów. Moja artystyczna działalność promująca polską twórczość dostarczała mi wiele satysfakcji, ale też wymagała niesamowitego poświęcenia, dyscypliny i mnóstwa pracy.

– Placówka polonijna to także Amber Health…

– Amber Health Adult Social Day Care Center czyli „Bursztynowy Klub” współzakładałem 7 lat temu. Byłem jego dyrektorem do września ubiegłego roku. Miało tam miejsce mnóstwo wydarzeń artystycznych i kulturalnych…

– Prezydent Bronisław Komorowski w 2014 roku wręczył Panu Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej za wybitne zasługi w działalności na rzecz zachowania dziedzictwa narodowego Polski. Pana życie wydaje się być pełne pasji, sukcesów i spełnione. Co jest w nim najważniejsze?

– W życiu najważniejsze jest zdrowie, miłość i poczucie bezpieczeństwa, czego czytelnikom „Gazety Starachowickiej” wraz z moją żoną Anią serdecznie życzę. Co zobaczenia wkrótce w Starachowicach!

– Dziękuję bardzo za rozmowę. Życzę Panu jak najwięcej pozytywnych emocji, chwil natchnienia i satysfakcji.

Ewa Sajór – Ruszczak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *