Strona główna / Aktualności / Świętowały u podnóża Łysicy

Świętowały u podnóża Łysicy

Przylatują tu czarownice z całej Rzeczypospolitej. Na miotłach, ożogach, łopatach (…) Na ich zaklęcie gadają posągi, one sprowadzają burzę, grad, pioruny, deszcze, suszę… Diabła to mają w pierścionku, albo w starym trzewiku.

Tak pisała kiedyś Barbara Wachowicz, ale zapomniała dodać, ze diabła czarownice miewały również za skórą. I to by nawet pasowało, bo diabelsko sympatyczna wycieczka, wymyślona przez damską cześć Oddziału międzyszkolnego PTTK w Starachowicach, mogła się nie udać gdyby nie te moce z Łysicy.

A jednak się udała, dopisała i pogoda, i jak na prawdziwie górską zimę dopisał i śnieg, nie wspomnimy o humorach, bo te dopiszą wieczorem, kiedy przyjdzie czas na sabat. Zanim to jednak nastąpi uczestnicy zlotu wyruszą na rekonesans, podzieleni na dwie grupy pod wodzą czarownic i jednego diabła zaczną się rozglądać po okolicy. Jedni wycieczkę rozpoczną od Kakonina, miejsca, które swoja nazwę zawdzięcza zbójowi nad zbóje, silnemu jak tur i łagodnemu jak baranek niebożę. Tenże zakochawszy się w siostrzenicy biskupa porywa ją i rozkochuje w sobie. Gdyby nie dociekliwy wuj i jego żołnierze, może by i żyli do dziś w szczęściu i zgodzie. Niestety, podczas odbicia pięknolicej dziewczyny umiera ona i umiera sam Zbój Kak, tak też powstaje Kakonin, w którym do dziś pamięć o kochliwym zbóju trwa. Na trasie tychże wędrowców nie zabrakło również Kapliczki Świętego Mikołaja, jej obecność w tym miejscu przypadkowa nie jest, gdyż w czasach naszych pradziadów nie były to wcale tereny najbezpieczniejsze. Pobliski Wilków nie na darmo tę nazwę nosi, wilk był tu zwierzęciem bardzo pospolitym i strach budzącym, stąd też nie mogło zabraknąć świętego, który nie tylko prezenty nosi, ale i od zwierząt dzikich strzeże.

Podczas, gdy jedna grupa zmierzała pieszo z  Kakonina do Świętej Katarzyny, druga pieszą wędrówkę rozpoczynała w Ciekotach. Skoro Ciekoty to i Żeromski, który spędził tu najpiękniejsze młodzieńcze lata, który tak tę krainę ukochał, że do dziś podobno można go tu spotkać jak wędruje nad stawem szepcząc: moje góry, moja rzeka, mój dom, moja matka…”. On będzie towarzyszył także w dalszej wędrówce, i w malowniczej Dolinie Wilkowskiej zwanej doliną poetów, i u podnóży gór Radostowej i Wymyslonej. Nie opuści swoichś gości i w Świętej Katarzynie, gdzie jako młody chłopak dopuści się małego aktu wandalizmu i wyskrobie na ścianie kapliczki Janikowskich swoje imię i nazwisko. I własnie do Świętej Katarzyny obie grupy swoje kroki skierowały, na sabat, który wyjątkowo w schronisku miał się odbyć. A była po temu i okazja szczególna, bo Klub Instruktorów Ochrony Przyrody, jeden z dwóch w Polsce, obchodził mały jubileusz – 5 lecie powstania. I przybyły czarownice, czarodziejki, piekielnice i awanturnice, sekutnice i złośnice, strzygi, baby jagi i diablice wszelkiej maści, a towarzyszyli im panowie, którym tym razem bramy na sabat otworzono. I bawiono się do rana, hulanki i swawole po pysznym torcie to nawet wskazane były, bo czarownica też kobieta i o linię dba.

Góry Świętokrzyskie… tu każda trawa baśń w sobie mieści… księżyc kąpie się w wodzie – tu otwiera się puszcza Łysogór jodłowa i szumi… najpiękniejsze na świecie legendy.

(aneta)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *