Strona główna / Aktualności / „Źródła szczęścia biją i niech tak zostanie”

„Źródła szczęścia biją i niech tak zostanie”

 O urokach młodości, enoturystyce, miłości do literatury i Muzeum opowiada Paweł Kołodziejski – absolwent II LO im. St. Staszica, Wydziału Prawa na Uniwersytecie Łódzkim, historii i muzealnictwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, dyrektor Muzeum Przyrody i Techniki w Starachowicach.

 

– II LO w Starachowicach, klasa o profilu matematyczno – fizycznym? Czy ten profil to nie była Twoja życiowa pomyłka? Kojarzysz mi się z historią, muzyką, kulturą, ale matematyka?

– Jestem niereformowalnym humanistą, ale na szczęście jakoś dałem radę. Z pewnością dzięki wyrozumiałości pań nauczycielek przedmiotów ścisłych. W tym miejscu pozwalam sobie pozdrowić panią profesor Barbarę Drobiecką i moją wychowawczynię – Romanę Kowalewicz. Szukając chlebowego zawodu, trafiłem na prawo do Uniwersytetu Łódzkiego i chociaż studia ukończyłem, wiedziałem, że to nie jest moja droga zawodowa. Zaraz potem wybrałem się do pięknego Krakowa na studia historyczne na UJ. Tam dopiero poczułem, że żyję. Dopełnieniem formalnego wykształcenia są jeszcze podyplomowe studia na kierunku muzealnictwo – również na UJ.

– Podobno liceum to wspaniały czas? Mówisz tak z perspektywy 25 lat, jakie upłynęły, od kiedy opuściłeś mury II LO. Czy uważałeś podobnie będąc uczniem?

– Czasy liceum pozostawiły we mnie trwały i bardzo pozytywny osad. To rezerwuar, z którego pomimo upływu 25 – Boże, to już tyle? – lat, wciąż czerpię wiarę, że możesz wszystko a świat cię zaprasza, szeroko rozkładając ramiona. Człowiek jest w takim okresie życia, już nie dziecko, jeszcze nie dorosły, że wszystko wydaje się możliwe. Świat jest w zasięgu ręki, wystarczy tylko chwytać i marzyć, a marzenia same się spełniają. Do tego atmosfera w II LO była niesamowita. Przypomnę, że biegałem do Staszica w pierwszej połowie lat 90. To był czas pogłębiającej się biedy w Starachowicach, a jednocześnie czas wychodzenia z popeerelowskiego marazmu. Czas ogromnej energii społecznej, co również dawało się odczuć wśród nastolatków. Dla nas był to czas eksplozji polskiego rocka. Co chwila nowe kapele pojawiały się na muzycznej scenie. To również pierwsze doświadczenia z MTV i tym, co działo się w wielkim świecie muzycznym. Symbolem ówczesnych lat byli Guns’n Roses, Nirvana, Pearl Jam, Metallica z ich wspaniałą „czarną” płytą. Piękne czasy… W murach II LO i poza nimi wrzało życie końca wieku oraz początku naszego dorosłego życia. Pierwsze wtajemniczenia, pierwsze fascynacje wielkimi sprawami, pierwsze wielkie przyjaźnie, pierwsze miłości. Dobre, a czasem też niebezpieczne doświadczenia, „wchodzenie w pływy materialne, duchowe” – jak śpiewały Róże Europy. To, co tworzyło ten niesamowity klimat, to oczywiście niezwykli, choć przecież bardzo zwykli ludzie. Pozdrawiam klasę „f” z lat 1991-1995 – dzięki kochani!

– Jak dobrze mieć takie wspomnienia z licealnych lat! Nie powiem, że Ci zazdroszczę, bo mam podobne, choć z I LO. Ale wróćmy na chwilę do Twojej zdrady… bo przecież zostawiłeś matematykę dla historii?

– Jak wspomniałem, humanista tkwił we mnie od dziecka. Szczególnie uwielbienie dla historii. Właściwie zanim jeszcze zacząłem się jej uczyć w szkole, bardzo interesowałem się przeszłością. Nawet nie wiem, kiedy zabawa plastikowymi żołnierzykami zamieniła się w lekturę książek historycznych, czy czasopisma „Mówią Wieki”, którego pierwszy przeczytany numer pochodził z 1986 roku. Podręczniki do historii, przekazywane przez starsze roczniki w czerwcu, czytałem jeszcze w wakacje. Resztę zawdzięczam swoim nauczycielom – pani Ewie Nowak z SP nr 12 i Tadeuszowi Szczepańskiemu z II LO. Nie miałem zatem problemu z wyborem kierunku studiów. Wiedziałem, że chcę być historykiem. Skąd zatem ta klasa matematyczno – fizyczna a potem prawo? Do dzisiaj nie wiem, choć z perspektywy lat nie żałuję, ponieważ spotkałem fantastycznych ludzi i dowiedziałem się czegoś więcej o świecie. A finalnie i tak trafiłem na studia historyczne…

– Ale zupełnie nie widziałeś się w roli nauczyciela historii? A gdzie może znaleźć pracę historyk, który nie chce uczyć dzieci a jednocześnie postanawia po kolejnych studiach wrócić do Starachowic zamiast zostać w Krakowie?

– No właśnie. W 2005 roku, po obronie kolejnej pracy magisterskiej, miałem szansę zostać na uczelni a ja… wróciłem do Starachowic. W następnym roku zacząłem swoją przygodę z Muzeum, jako wolontariusz. A potem zostałem zatrudniony jako asystent muzealny. Szybko wiedziałem, że jestem u siebie i rezygnacja z „kariery naukowej” w Krakowie była słusznym krokiem.

– Niektórzy mogą uznać, że brzmi to dość dziwnie… rezygnacja z pracy naukowej w Krakowie i radość z tego powodu?

– Radość z powodu tego, że znalazłem swoje miejsce w rodzinnym mieście. Dla historyka zainteresowanego lokalną przeszłością, do tego nie czującego powołania pedagogicznego, Muzeum było jedyną, właściwą przystanią. Sama praca w Muzeum to dużo więcej niż sposób na zarabianie na chleb. Widać taka miała być moja droga zawodowa i jakkolwiek zabrzmi to pretensjonalnie ale wierzę, że ta droga była we mnie zapisana od najmłodszych lat. Zawsze zajmowała mnie historia w jej lokalnym wymiarze, przeszłość miasta, w którym przyszło mi żyć. Myślę, że każdy ma wpisaną w siebie taką własną drogę, ale niewielu nią podąża, z bardzo różnych powodów. Ci, którym uda się podążać drogą zapisaną w wewnętrznej mapie, są na pewno najbardziej szczęśliwi. Po prostu robią to, co sprawia im przyjemność. Najfajniej jest, kiedy mamy poczucie, że jesteśmy na świecie na swoim miejscu. Wtedy jest nam tu wygodnie i nic nas w duszę nie uwiera.

– Pomalutku zaczynam rozumieć. Zawładnęła Tobą miłość do Muzeum?

– Kiedy je tworzono, kończyłem studia prawnicze i zaczynałem historyczne. Mocno kibicowałem ochronie tego zabytku, bolało mnie, że jest taki opuszczony. Przyznam teraz, że zakradłem się kiedyś z kuzynem na „Wielki Piec”, by zrobić zdjęcia. Dzisiaj to niesamowity materiał dokumentujący stan obiektu z roku 1997 lub 1998. Bardzo chciałem włączyć się do ratowania najcenniejszego zabytku Starachowic. Do tego w sytuacji, kiedy ogromna większość moich koleżanek i kolegów nie zamierzała wracać do rodzinnego, pogrążonego w bezrobociu miasta, ja miałem taki właśnie plan. Trochę z przekory, trochę z nadmiaru lektury Żeromskiego…

– I już wiemy, że praca jest dla Ciebie wielką pasją, że nie wyobrażasz sobie siebie w innym miejscu.

– Moja praca to troska o zachowanie tego, co zostawili nam nasi przodkowie, a co tak nieopatrznie niszczymy lub pozwalamy, aby zęby czasu to skruszyły. A przecież tworząc coś, mamy, choćby nieuświadomioną nadzieję, że to po nas zostanie. Jednak przepadnie, jeśli nasi następcy na to pozwolą. Oczywiście nie da się zachować wszystkiego, zresztą byłoby to bez sensu. Są jednak takie elementy historii, które zwiemy dziedzictwem, czyli ważnymi dla naszej tożsamości, dla tego kim jesteśmy. Zabytki są najważniejszym elementem tak pojętego dziedzictwa. W tym kontekście jestem, jako starachowiczanin, dumny z naszych przodków, jak również obecnych mieszkańców miasta i powiatu, że zachowali bezcenny Zakład Wielkopiecowy. Wszak w cieniu tych wielkopiecowych kominów wyrosło nasze miasto.

– Ale zdarza się przecież, że znikają z krajobrazów miast obiekty świadczące o przeszłości albo gubią swój historyczny kształt. Co wtedy?

– Bolą mnie przebudowy, remonty, ważne i często konieczne, ale realizowane bez troski o zachowanie choćby historycznych elementów architektonicznych. W ostatnich latach straciliśmy budynek szkoły przy ulicy Kościelnej, który wznoszono kosztem ogromnych wyrzeczeń, łącznie ze zmniejszeniem płac urzędników. Dzisiaj jest tam galeria handlowa. Czy ten gmach jest dobrym sąsiadem XVII- wiecznego kościoła? W chwili obecnej wznoszone są bloki mieszkalne w samej granicy terenu zabytkowego Zakładu Wielkopiecowego. Czy nie lepiej, aby był tam deptak i ścieżka rowerowa pośród zieleni, w pewnym oddaleniu od hałaśliwej ulicy? Niepokoją mnie pojawiające się informacje o planowanej budowie bloków na terenie byłego obozu pracy dla Żydów na Majówce. Pomijając kwestię ponurej historii tego miejsca, warto wskazać na możliwą utratę ogólnodostępnego terenu, skąd rozpościera się piękna panorama.
Każde miasto jest jak księga pisana przez jego mieszkańców a ład przestrzenny to styl tego pisania. Chciałbym, żebyśmy potrafili ładnie zapisać Starachowice.

– Cóż za piękne porównanie miasta do księgi. Podobno literatura to także Twoja pasja i mógłbyś czytać całe dnie, nawet ze szkodą dla innych form aktywności życiowej?

– Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba wybierać: książki albo życie. Wydaje mi się jednak, że życie ludzkie to trwająca kilkadziesiąt lat narracja. Nasz czas jest czasem opowieści. Opowiadamy siebie i innych, a inni opowiadają nas. Bez tego nie istniejemy. Dlatego życie to literatura, raz lepsza, raz gorsza. Muzyka, historia sztuki, filozofia, to raczej takie moje chwilowe pasje, które odchodzą i wracają. Jestem tutaj podróżnikiem amatorem, który zachwycając się, otwiera usta a potem poprawia plecak i idzie dalej.

– A mnie ktoś kiedyś powiedział, że trzeba wybrać: muzyka albo życie. Myślę jednak, że najczęściej udaje się pogodzić życie z pasjami. A w Twoim przypadku jest ich przecież jeszcze więcej…

– Interesuje mnie również historia – znowu historia – i kulturowe znaczenie uprawy winorośli i produkcji wina. Od kilkunastu lat kibicuję odradzającemu się winiarstwu polskiemu. Cieszy mnie, że wyrażenie „polskie wino” przestaje się kojarzyć z chemiczną substancją bliską dopalaczom. Podziwiam ludzi, którzy pomimo różnych niedogodności administracyjnych, finansowych i też klimatycznych zakładają u nas winnice i robią coraz lepsze wino. Niewielu wie, że nawet w naszym powiecie mamy fantastyczną winnicę, produkującą bardzo przyzwoity napój. Można bez trudu zostać weekendowym enoturystą. Winogrodnicy to ludzie z ogromną pasją i poczuciem wolności.

– Kiedy wspomniałeś o winnicach, od razu przeniosłam się w myślach do Włoch. Czy marzyłeś kiedyś o tym, żeby żyć w innym miejscu i innym czasie?

– Wybierając jedną drogę życiową, nieświadomie rezygnujemy z niezliczonej ilości innych, potencjalnych. Mieszkając tutaj, gdzie mieszkam, rezygnuję z mieszkania w niezliczonej ilości innych miejsc. Ponieważ dobrze mi tutaj gdzie jestem, nie tęsknię do tamtych miejsc. Chyba, że jako turysta. Bardzo lubię mój studencki Kraków, jestem zafascynowany krajobrazami, kulturą i historią Toskanii, nie oznacza to jednak, że chciałbym się gdzieś tam przeprowadzić. Trzeba cenić to, co mamy, a jeśli przestanie być to dla nas wartością, trzeba czynić wszystko, aby to zmienić. Trochę inaczej jest z czasem. To pewnie dlatego, że jako historyk nieustannie przenoszę się w dawne czasy. Mam pokusę, aby zrobić to realnie. Gdybym dysponował wehikułem czasu, pewnie przeniósłbym się 100 – 120 lat wstecz, aby zobaczyć, jak to wszystko istotnie u nas nad Kamienną wyglądało. Widać z tego, że jestem bardzo przyziemny, bo trzymam się cały czas tej samej starachowickiej, hutniczej ziemi. Jestem przekonany, że uczuciem, które by mi towarzyszyło, gdybym już wybrał się w realną podróż do przeszłości, byłoby zagubienie w tamtym świecie, gdzie z trudem rozpoznawałbym swoje miejsca i szukał bliskich, których by właściwie nie było. Bo co mógłbym powiedzieć swojej dwuletniej prababci?

– Paweł, masz ogromnie bujną wyobraźnię. Mówisz pięknym, literackim językiem. A Ty przecież jesteś dyrektorem, który musi zarządzać, dbać o finanse. Jak Ci się udaje to wszystko pogodzić? Co uważasz za swój największy zawodowy sukces?

– Bez wątpienia za największy sukces zawodowy uznaję stworzenie wspaniałego zespołu w Muzeum. Jest to zresztą nie tylko mój osobisty sukces ale również moich współpracowników. Tych kilkanaście osób, to nie tylko jedyni specjaliści w dziedzinie muzealnictwa w całym powiecie, ale ludzie całkowicie oddani temu, co robią. Nie przyciągnęła ich do tej pracy wysokość wynagrodzenia, ani też możliwości awansu zawodowego. Zawód muzealnika nie daje poczucia takiego prestiżu, jak wiele innych. Z drugiej strony wymaga dużej wiedzy, którą należy stale uzupełniać, wymaga zachowania wysokich standardów etycznych, elastycznego podejścia do problemów i otwartości w stosunku do osób korzystających z naszej oferty. To praca na wielu polach aktywności: wystawiennictwo, edukacja, nauka, administracja, marketing, i wiele innych. To również praca w porach wieczornych, w soboty i niedziele, bez względu na warunki atmosferyczne i dobre bądź złe samopoczucie. Nasi odbiorcy nie mogą odczuć, że muzealnik ma gorszy dzień. To bardzo wymagająca praca, a niestety mało doceniana. Wspominałem o dziedzictwie naszych przodków. Muzealnicy to osoby objaśniające takie dziedzictwo, użyczające mu swojego głosu. Starachowickie Muzeum ma taki wspaniały zespół, z którym praca jest dla mnie źródłem osobistej satysfakcji i zaszczytem. Zatem tak. Ludzie to mój największy sukces i szczęście.

– Bardzo ciepło wyrażasz się o swoim zespole. I rzeczywiście jest to grupa ludzi, z którą stworzyłeś w Muzeum placówkę kultury. Czy współczesny człowiek potrzebuje bezpośredniego kontaktu z kulturą?

– Jednym z najstarszych, starożytnych określeń kultury jest jej przeciwstawienie naturze. Czyli to, co nie jest naturą jest kulturą, swoistym wytworem człowieka. Kultura odróżnia nas od reszty stworzenia. Niektórzy filozofowie uważają to za największe nieszczęście. Kiedy Adam i Ewa po zjedzeniu jabłka z zakazanej jabłoni zobaczyli, że są nadzy, zerwali liście i zaczęli się osłaniać. To był pierwszy gest kultury. Potem, jako ludzie oddalaliśmy się jeszcze bardziej od pnia Natury. Jabłoń wiedzy była zakazana. Człowiek, łamiąc boski zakaz zaczął tworzyć kulturę. W takim ujęciu rzeczy kultura ma źródło w grzechu. Pozostaje jednak pytanie, czy gatunek ludzki przetrwałby w świecie Natury? Być może kultura była i jest naszą jedyną bronią. Jeśli tak jest, odpowiedź na pytanie o potrzebę kultury we współczesnym świecie staje się oczywista. Dzisiaj nie ma świata ludzkiego bez kultury. Pytanie, jaka to ma być kultura? Ta, która pozwala nam odnaleźć się w zawiłym i naprawdę trudnym świecie ponowoczesnym powinna opierać się na wartościach. Tylko aksjologiczne osadzenie pozwala rozróżnić zagrożenia, unikać bądź zwalczać elementy destrukcyjne. Kultura oparta na wartościach jest jak kompas, jednak trzeba nauczyć się nim posługiwać. Nie oznacza to jednak, że owe wartości pozostają niezmienne. Każde czasy mają swój kanon wartości. Istotne, aby taki kanon był, gdyż pozwala on ludziom utrzymać pion.

– Natura kontra kultura. To przeciwieństwo nie jest już dziś oczywiste, choć łatwiej z naturą utożsamiać prowincję, choćby tę, na której my żyjemy. Czy rzeczywiście żyje się tu łatwiej?

– Świat jest mniejszy. Można go zatem oswoić. Jest ciszej, można porozmawiać podczas spaceru, nie zdzierając sobie głosu. Takie miasta są bardziej egalitarne, bo w takich miastach „żaden dom nad inne nie wyrasta”, jak napisał Jeremi Przybora. Prowincja jest prostą muzyką grającą gdzieś wewnątrz. Kocham prowincję i nie lubię, kiedy nadaje się temu pojęciu negatywne konotacje. Małość ludzka nie ma nic wspólnego z rozmiarem miejscowości. Nie jest istotne, czy miasto jest małe, średnie czy duże. Jeśli jego głos, jego rytm zestraja się z naszym, wewnętrznym głosem czy rytmem, wówczas jesteśmy u siebie. Mój głos i rytm wewnętrzny są bardzo niewielkie, dlatego życie w niewielkim mieście ma dla mnie swoisty urok.

– A współczesny świat i to, co się w nim dzieje, napawa Cię optymizmem czy strachem?

– Raczej smutkiem. Najbardziej niepokojące są ukryte ale coraz wyraźniejsze tęsknoty za kolejną wojną. Wystarczy posłuchać zmieniających się sposobów narracji, aby dostrzec, że jakieś demony zniszczenia znajdują na powrót drogę do umysłów Europejczyków. Boję się, że kiedy odejdą ostatni świadkowie hekatomby II wojny światowej, nie będzie miał kto powstrzymać szaleństwa. Trzeba przypominać, że wojna to nie gra komputerowa, ani zwielokrotnione bohaterstwo. Jaka jest wojna? Wystarczy poczytać Remarque’a albo zobaczyć ostatnią produkcję kinową Sama Mendesa „1917”.

– Ten smutek i pesymizm zupełnie mi nie pasuje do Ciebie, zawsze uśmiechniętego i spokojnego.

– Mamy tyle twarzy, ile dają nam inni. Tylko oni nas opowiadają. Nie wiedziałem, że jestem człowiekiem spokojnym i pogodnym. Spokój staram się zachowywać, choć nie wiem, czy zawsze mi się to udaje. Nie oznacza to, że w środku panuje cisza. Niektórym łatwiej jest ujawniać swoje emocje i może dzięki temu dłużej zachowują zdrowie. Czy jestem człowiekiem uśmiechniętym? Czasami z pewnością się uśmiecham, choć generalnie jestem pesymistą. Ciemne barwy lepiej do mnie przemawiają. Może dlatego, że wychowałem się na Witkacym?

– To ciekawe. Deklarujesz się jako człowiek spełniający swoje pasje, szczęśliwy dzięki ludziom, rodzinie, pracy zawodowej a z drugiej strony pesymista? To chyba temat na kolejną długą rozmowę. A jakie masz marzenia?

– Jest ich dużo, ale są one tylko pochodną tego wszystkiego, o czym wspomniałem.

– Życzę Ci więc, żeby źródła Twojego szczęścia zawsze biły. I jak najwięcej uczciwości wokół Ciebie. I jeszcze ludzi – autorytetów, którzy noszą w sobie kompas wskazujący najważniejsze życiowe wartości. Dziękuję za rozmowę.

 

Ewa Sajór – Ruszczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *