-1.3 C
Starachowice
środa, 2/12/2020
Strona główna Aktualności Skąd się wzięła Lubianka

Skąd się wzięła Lubianka

Jest w naszym województwie sosna wędrująca, ta obecnie stacjonuje w miejscowości Wełecz. Jest sosna spleciona z dębem – to dwoje młodych ludzi, których ciała zastygły w miłosnym uścisku, patrzą na swój rodzinny Adamów. Ale pamiętajcie, że i Starachowice swoją tajemnicę mają. Bardzo piękną. Chcecie bajki?

Na zachodnim brzegu zalewu Lubianka, w miejscu gdzie cisza od wieków przemyca spokój i ukojenie, dziś rozgościła się dzika plaża. Teren piaszczysty, pochyły, nawet jakby wydmowy, czasem z pobliskich łąk doleci tu zapach macierzanki, czasem piołunu. W tej pięknej przestrzeni, którą wyznacza tylko horyzont, na szczycie brzegu rosną sosny, dwie z nich zupełnie inne od swych dumnych sióstr.

Co je wyróżnia, zapytacie? Ano korzenie wyrastające ponad poziom gruntu. Korzenie złączone kształtem serca.  Są tacy, co powiedzą, że to wspólne dzieło natury i człowieka, że człowiek usypując zbiornik wodny doprowadził do zmiany ukształtowania terenu, a natura się podporządkowała.

Naprawdę w to wierzycie?

I macie rację, że nie, ponieważ splecione korzenie dwóch sosenek to piękna opowieść o miłości i tęsknocie.

A było to tak…

Dawno, dawno temu, kiedy o Wierzbniku nikt nawet nie pomyślał, a o Starachowicach nawet nie śnił, w rejonie dzisiejszego kąpieliska była maleńka osada. Niewielkie chałupki rozrzucone po niegościnnej ziemi rozbrzmiewały śmiechem młodych rumianolicych dziewczyn i rosłych niczym dęby chłopców. Jedną z piękniejszych panien była Janka, wysoka, czarnowłosa i czarnobrewa  dziewczyna, mieszkająca na skraju osady. Nie było chłopca, który by się za nią nie obejrzał, ale serce Janki biło tylko dla pewnego rybaka. Spotykali się codziennie na zachodnim brzegu, wody niedużego zalewu były świadkiem uroczych wyznań miłosnych, a sosny do chóru z wiatrem śpiewały im pieśń wiecznego szczęścia. Aż do pewnej niedzieli, gdy w pobliskim kościółku jasne ziarenka kadzidła padły na żarzące się węgle, a z rozkołysanego trybularza popłynął wonny dym, wtedy to padły słowa przysięgi miłości, dopóki śmierć nie rozłączy.

Piękne to było wesele, piękne. Wśród sosen majaczyły tańczące pary, a  do tańca szumiały błękitne wody. A potem przyszła… nie, nie, nie proza życia. Janka z mężem żyli długo i szczęśliwie w małej chatce nad brzegiem zalewu. Pracowity rybak codziennie wracając do domu śpiewał:

„Luba Janka, luba Janka

Czy czeka na swego kochanka?’

Czekała a jakże, przez całe lata, aż do pierwszego siwego włosa na skroniach. Aż nadeszła chwila, gdy czas okrył całunem lubą Jankę. Smutek zawitał do osady, nad wodami zalewu od rana do wieczora niósł się głos zrozpaczonego mężczyzny… Luba Janko, Luba Janko…

I czas się zlitował. O świcie mieszkańcy osady znaleźli pustą chałupkę, tylko na zachodnim brzegu zrobiło się jakby gęściej, czegoś jakby przybyło. Dwa drzewa, dwie sosny splecione w uścisku, a z ich koron śpiew… Luba Janka…Luba Janka… Lubajanka…Lubianka.

I tak do dziś pozostało. A legenda? A droga tej legendy jest dziwna i zakręcona, opowieść wymyślona przez przewodnika świętokrzyskiego Anetę Marciniak.

Aneta Marciniak

Poprzedni artykułZabytkowa zastawa zachwyciła
Następny artykułHoroskop dla Ciebie !
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Koronawirus

Koronawirus: prawie 300 zakażeń i aż 25 zgonów w województwie

Ministerstwo Zdrowia w środowym (2 grudnia) komunikacie poinformowało o 13 855 nowych przypadkach zakażenia koronawirusem i śmierci 609 osób (89 osób zmarło z powodu...
0
Dodaj komentarzx
()
x