0.7 C
Starachowice
piątek, 22/01/2021
Strona główna Aktualności Małe i duże rodzinne podróże

Małe i duże rodzinne podróże

Przemierzyli pół świata, a drugie pół mają w planach. Urodzeni dla przygody, żyją jak chcą, w myśl słów, że lepiej mieć kilka lat dobrego życia w podróży niż dwadzieścia na kanapie przed telewizorem.

Rodzina globtroterów i obieżyświatów. Budzą się w miejscach, o których inni nawet nie śnią, ich 7 – letni syn Fryderyk ma na swoim koncie dziesięć krajów, a już w podróżnicze wyścigi staje z nim jego młodszy brat. Kolejna latorośl klanu Misiura – trzymiesięczny Cyprian – szykuje się na podróż po Gruzji. Ta historia to tylko ułamek ułamka tego, co ich spotkało.

Wszystko zaczęło się…

– (…) od taty. Często podróżował służbowo i mnie w te trasy zabierał. Co ciekawe, nie zawsze mieliśmy okazję zwiedzać, bo nie było na to czasu. Dla mnie najfajniejsza był sama droga. – Cezary Misiura rozpoczyna swoją opowieść.  Na pytanie o tą najważniejszą, pierwszą podróż, która łączy się z podróżniczym bakcylem, odpowie, że nie wie, bo za dużo ich było, a każda wiąże się z czymś innym.

Na pewno jednak Tatry na studiach. Tamten górski spacer połączony ze spaniem w namiocie i wspinaczką rozpocznie etap, który trwa do dziś. Czarek się wspina, jest fanem boulderingu (wspinaczka na niewysokie skalne ściany, rolę zabezpieczeń pełnią crashpady, przenośne materace – dop. redakcji.) i kiedy tylko może ucieka miedzy skały.

–  Uprawiając bouldering jeździmy gdzie się da. Pamiętam jak byliśmy w Szwajcarii, a jak Szwajcaria to przede wszystkim trzytysięczniki. I my co prawda poszliśmy w wysokie góry podczas dnia odpoczynku, ale główny cel naszej wyprawy to właśnie wspinaczka po skałkach – śmieje się Czarek.

Bezpieczne? Nie do końca.

– Nawet tydzień temu zastanawiałem się, czy nie czeka mnie dłuższa przerwa. Tym razem były to nasze okolice, skałki w Rudzie (gmina Brody), spadłem z około dwumetrowej wysokości i trochę się jednak potłukłem mimo dwóch rozłożonych crashpadów – opowiada.

Mówi się, że taka wspinaczka jest dużo bardziej niebezpieczna, mimo, że wysokości nie przerażają. Cóż to jest bowiem dwa do czterech metrów w porównaniu do wysokich gór? Może i niewiele to się ma, ale jeśli w perspektywie czeka nas miesięczna przerwa od aktywności, to chyba coś jest na rzeczy.

– Zamarzyło mi się zrobić jedną z najtrudniejszych skalnych dróg. udało się i postanowiłem zatem zrobić ją raz jeszcze nagrywając przy okazji filmik. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy uciekła mi ręka z uchwytu, upadłem na plecy, potłukłem się i miałem kilkutygodniową przerwę – opowiada bez emocji. Ot, zwykły dzień człowieka, który ma licencję na kłopoty.

Jak sobie radził w czasie pierwszej fali koronawirusa, gdy lockdown zmuszał do pozostania w domach?

– Zamontowałem na podwórku poręcze na potrzeby street workoutu, przydadzą się, gdyby znów mieli mnie zamknąć – śmieje się Czarek i tylko ja widzę to oczko, które puszcza, ale przecież nie będę zdradzać najprzystojniejszego przewodnika świętokrzyskiego (podpisuję się pod tym bez szemrania) i kolegi po fachu.

Adonis Vernalis

To jeden z nielicznych kwiatów, którego łacińską nazwę zapamiętałam z kursu przewodnickiego. Cezary Misiura z wielkim zaangażowaniem ciągnął grupę po wszystkich mniej lub bardziej dostępnych krzakach i wymagał łacińskich nazw. Okazuje się jednak, że nie tylko od przyszłych przewodników.

– Nie przejmuj się, chyba tylko Czarek te nazwy zna – Ania, partnerka Cezarego, macha ręką. – Teraz na przykład uczy Fryderyka łacińskich nazw zwierząt i ptaków i wiesz co? Jedyne, co zapamiętałam to pica pica czyli sroka zwyczajna. – Teraz śmiejemy się już obie, na szczęście Czarek ogarnia z z panami robotnikami jakieś remontowe sprawy i akurat go nie ma. Jak przyjdzie spytam skąd w człowieku, który ma na koncie pół świata, a kolejne pół w planie, pomysł na przewodnictwo.

– To miała być klamra spinająca zainteresowanie regionem świętokrzyskim oraz to, ze przespacerowałem wszystkie szlaki. Pomyślałem sobie, ze będzie to takie zwieńczenie i co najśmieszniejsze, nie wiązałem tego jakoś szczególnie z pracą zarobkową. Jeśli już, to myślałem, że będę po prostu prowadził ludzi w moje ukochane miejsca. – Czarek rozmarza się się, a ja już widzę, że jedną nogą jest na Ponidziu. To jego ulubione miejsce i każdy, kto chociaż raz się ponidziańskimi szlakami pokręcił, zrozumie.

–  To prawda, Ponidzie to mój ulubiony kierunek. Po pierwsze nie ma tłumów – Czarek nie potrafi ukryć uśmiechu. – Nie jest to miejsce zadeptane, a to ważne, a poza tym to kraina o wielkiej wartości krajobrazowej, przyrodniczej i historycznej. Jeśli tylko mam możliwość ingerowania w program, to wiadomo, że krzaki dopiszę obowiązkowo.

Tak, nie da się ukryć, że Cezary Misiura dopóty będzie kluczył i kombinował, aż mu się w końcu uda w krzakach wylądować. Każdy, kto zna Czarka powie, że jest święty. Święty znaczy cierpliwy, trudno go wyprowadzić z równowagi, co w pracy pilota przewodnika jest naprawdę ważne. Ale czasem trafi się taki ktoś, śmiałek, którego nic nie powstrzyma…

Przewodnicki los

– Miałem taką jedną osobę, która najpierw nie dotarła na miejsce zbiórki, nie odbierała telefonu i musiała w końcu sama nas dogonić.  A kiedy już myślałem, że za nami wszelkie perturbacje to okazało się, że w kolejnym miejscu ten sam uczestnik wycieczki najpierw pomylił parkingi, potem zgubił plecak, pomylił kościoły, a na koniec okazało się, że jednak nic z tych rzeczy, bo plecak spokojnie czeka w autokarze – opowiada rozkładając ręce, a Ania i ja nie możemy powstrzymać śmiechu

Ciężki jest los pilota i przewodnika, ale nie zamieniłby tego na nic innego, bo jak sam mówi, może i faktycznie czeka momentami na koniec sezonu, ale jak przychodzi co do czego, to ciężko mu się z turystami rozstać. Niezależnie od tego z kim jeździ, bo i z dorosłymi i z dziećmi potrafi się porozumieć. Mimo, że praca z tymi ostatnimi jest bardziej wymagająca, dzieci bowiem nie boją się pytać, nie krępują się, jak je coś zainteresuje to będą drążyć, a Czarek nie ma problemu, by tym wyzwaniom sprostać. Pewnie dlatego, ze jednego takiego ciekawskiego bąbla ma w domu, a drugiemu już za chwile buzia również nie będzie się zamykać.

Rodzinne podróże – małe i duże

Moi bohaterowie są idealnym przykładem na to, że można spełniać się, realizować swoje pasje i tworzyć jednocześnie świetnie zgrany team. Niby nic, a jednak czasem rodzina bywa argumentem na to, ze się nie da. Czy aby na pewno?

Na początku była Ania. Poznali się za tzw. małolata, wywodzą z jednej grupy znajomych. Połączyła ich przyjaźń, miłość, pasja i dwójka ślicznych chłopaków, którzy nie za bardzo mają wyjście i podróżować muszą. Tacy rodzice zobowiązują.

– Zamiast siedzieć na ławkach, organizowaliśmy się kilkanaście osób i jechaliśmy pod namiot. Rajd przez Świętą Katarzynę i nocleg pod ruinami zamku w Bodzentynie – Ania się trochę rozmarzyła, a Czarek zastanawia się, czy to aby na pewno był dobry pomysł. Śmieje się, że ostatnio jak był, to ściana nie wyglądała zbyt bezpiecznie, a i miejsce też niezbyt fortunnie było dobrane, ale jak się ma naście lat, to nic nie w stanie zatrzymać ani przeszkodzić.

Marzą o camperze, o kupnie samochodu i samodzielnym przystosowaniu go do podróży. Jeśli uda im się to zrealizować, to już niedługo spakują się w mig i razem z dziećmi ruszą tam, gdzie ich oczy poniosą. No właśnie, dzieci. Myślicie, że to problem? Żaden. Fryderyk i Cyprian to chów turystyczny, który w dodatku doskonale się sprawdza.

– Fryderyk pierwszy raz spał w samochodzie, gdy miał 3 miesiące, obu chłopaków od małego przyzwyczajamy do takiego trybu życia, wszystko w zasięgu ręki i kuchnia i toaleta – śmieją się już obydwoje.

– Ta kategoria wiekowa (3 miesiące) to najlepszy czas do podróżowania, dziecko tak naprawdę potrzebuje dwóch rzeczy, czyli pełnego brzuszka i rodziców pod ręką. Nieważne są warunki. Tak zaczynał Fryderyk, tak zacząłby Cyprian, gdyby nie sytuacja z covid. – Ania nie ukrywa, że razem z Czarkiem dbają o to, by dzieci były przygotowane na różne ewentualności.

Fryderyk nieraz spał i na Czarku, i na kolanach, w przeróżnych miejscach. Między innymi w jaskini, której Ania nie wspomina zbyt dobrze. No cóż, jeśli ma się męża, który na dobranoc mówi: – Anusiu, patrz pająk tam idzie – i z zachwytem opowiada o sieciarzu jaskiniowym (jeden z najbardziej jadowitych pająków w Polsce), to nie ma się co dziwić dziewczynie. Chociaż z drugiej strony taki spostrzegawczy partner to jednak skarb.

Ale wróćmy do wspólnych wypadów pod tytułem ojciec i syn.

Więcej krajów i niż lat

Sześcioletni Fryderyk ma na swoim koncie kilka krajów, był między innymi na Słowacji, w Czechach, Niemczech, Rumunii, na Węgrzech, w  Grecji, we Włoszech, w Izraelu, Portugalii i Francji. Jest księciem polskich gór, bo do korony brakuje mu jedynie wejścia na Rysy i kilku szczytów w Sudetach. Już trzymamy komputer w gotowości. Podróżnicze szlify zbierał na polskich szlakach, jeszcze w brzuszku mamy zdobył Śnieżkę, a chodzić uczył się w drodze na Łysicę. W końcu przyszedł czas na jaskinie.

– Do skończenia trzech lat zabierałem go do jaskiń typowo turystycznych, natomiast jak trochę podrósł (czyt. skończył lat trzy) poszliśmy trochę dalej – opowiada Czarek. – Jaskinia Zbójecka w Górach Świętokrzyskich, młody wyposażony w kask i latarkę czołówkę i podekscytowany, chce iść pierwszy. Trzeba pamiętać, że żeby przeczołgać się przez zacisk trzeba to zrobić nogami do przodu, bo jest dość wąsko. Wtedy właśnie po pierwsze Fryderyk miał okazję spotkać się oko w oko z nietoperzem, który z zacisku wyleciał, a po drugie tam też miał jeden moment lekkiego załamania, było to w tej chwili, gdy zaklinował mu się kask.

Na młodego grotołaza i globtrotera nie ma mocnych, pokonywał swoje strachy dzielnie dotrzymując tacie kroku i zawsze pod czujną kontrolą i badawczym okiem. Tak się rodzą odkrywcy.

Przygody lubią tych niezwykłych ludzi i dodajmy, że chociaż adrenalina potrzebna im jak powietrze, to jednak wszystko dobrze się kończy.  Izrael, któż nie zna tego magicznego kraju, któż chociaż raz w zachwycie nie przemierzał uliczek Jerozolimy? Albo szlaku na pustyni Negew? Najpierw pojechali tam we dwoje, Cezary i Ania sprawdzają czy mogą bezpiecznie zabrać tam Fryderyka. Okazuje się, że mogą. Lecą zatem z synem i przyjacielem rodziny, młody o niczym innym nie mówi, całe przedszkole wie, ze Fryderyk będzie przecierał pustynne szlaki. Docierają i wędrują, teoretycznie wszystko dobrze oznakowane, w praktyce gdzieś naszej trójce szlak umyka. Jest noc, Czarek i Karol (nielicencjonowany szwendacz i przyjaciel)  postanawiają się rozdzielić, a Ania i Fryderyk zostają na posterunku, z bagażami i namiotem.

– Dopiero gdzieś po upływie półgodziny od rozejścia się chłopaków, z jedną czołówką, z namiotem i dzieckiem trzymanym za rękę, na środku pustyni, w totalnych ciemnościach uznałam, że chyba to troszkę bez sensu wyszło. – Dziś Ania się z tego śmieje, ale wtedy miała przynajmniej kilka wątpliwości. Udało się rzecz jasna, panowie wrócili, dotarli, gdzie mieli dotrzeć, ale…

Podobnie było w Rumunii, gdzie w jednym z wąwozów Czarek pomaga rodzinie z trójką dzieci i podwozi ich do samochodu, a Ania z Fryderykiem czekają. Znów pośrodku prawie niczego.

Fryderyk towarzyszy tacie również podczas wspinaczek. Kto wie, może za parę lat to on będzie bohaterem reportażu? Sprawdzimy jednocześnie, czy Ania osiwiała, bo mówi, że z każdym takim wypadem ma tych siwych włosów coraz więcej. Części przysparza jej na pewno mąż, bo Cezary Misiura to przede wszystkim ekstremalne doznania, a tych nie brakuje mu choćby w Tatrach, w które często wyjeżdża.

– Nie na darmo się mówi, że dobry taternik to stary taternik – opowiada Czarek. Chodzi o to, ze z wiekiem nabiera się doświadczenia, a niejeden raz mało brakowało, że moje wyprawy mogły się skończyć niezbyt fortunnie.

Jedno zdarzenie szczególnie utkwiło mu w pamięci.

– Byliśmy z kolegą w Tatrach i wspinaliśmy się bez haków, mieliśmy za to lodowe śruby. Problem polegał na tym, że warstwa lodu była dosyć cienka i ktoś bardziej doświadczony od nas wiedziałby, że chcemy niemożliwego. Zrobiliśmy najpierw jedną długość liny czyli tak zwany wyciąg, musiałem więc założyć stanowisko i czekać na kolegę, który mnie asekurował. Stanowisko było jednak bardzo słabe, co prawda znalazłem ząb skalny, czekanem obtłukłem lód i założyłem pętlę, niestety ząb był opadający i pętla trochę się zsuwała, musiałem wspomagać się jedną ręką, a druga asekurowałem. To nie był dobry pomysł, bo gdyby odpadł to nie wiem czy bym utrzymał linę, a po drugie nie utrzymałbym stanowiska. Gdy Karol zaczął prowadzić drugi wyciąg u góry pojawiły się problemy, był 10 metrów nade mną i nie bardzo mógł dalej wejść, bo nie miał miejsca na zrobienie kolejnego stanowiska. Wiesz co najgorszego można zobaczyć w takim momencie, oprócz tego, że ktoś spada? To jak się temu komuś trzęsą nogi, bo to oznacza, że zaraz odpadnie. Jak się ma dobre stanowisko to jest szansa, ale nasze było słabe, a kolejnego u góry nie udało się założyć. To byłby nasz ostatni lot, gdybyśmy odpadli. Do dziś pamiętam widok raków nad swoją głową i drżące kolana Karola. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. – Uśmiecha się do wspomnień – to była jedna z najtrudniejszych sytuacji.

Nie zawsze jest jednak aż tak poważnie, szczególnie gdy syn zabiera tatę i lecą. A nie, zaraz, to jakoś chyba odwrotnie. No w każdym razie obaj uwielbiają latać, chociaż Fryderyk chyba bardziej.

– Gdy pierwszy raz w życiu zobaczył samolot to piszczał z zachwytu. Musiałam siłą go trzymać, bo chciał wsiadać, mimo, ze to jeszcze nie był nasz lot – śmieje się Ania.

O ile dobrze pamiętamy była to podróż do Portugalii, bo będąc w górach Czarek i Ania pomyśleli, że warto by było pokazać synowi morze i… pokazali mu ocean. Z portugalską plażą mają i swoje własne, prywatne wspomnienia.

– To był piękny wieczór, mieliśmy najpiękniejszy hotel na świecie, piasek pod stopami a zamiast dachu miliony gwiazd. Wiesz, to o wiele fajniejsze niż jakieś pięć gwiazdek – Anię ponoszą wspomnienia. – Cudowny chillout, pyszne wino. A rano, gdy się obudziliśmy, butelka była kilkanaście metrów dalej. Nic nas nie obudziło, ale też nic nam nie zginęło. Szalony czas.

Bywają również logistyczne problemy, na przykład w Grecji. Lądują pod Atenami, ale zamiast do Aten docierają do Pireusu. Korzystają jednak z okazji, zwiedzają i jadą z powrotem do Aten, jest już grubo po północy, gdy zjawiają się w hotelu po klucz do zarezerwowanego mieszkania. I co się okazuje? Że rezerwacji nie ma. A przyczyna jest naprawdę banalnie prosta.

– Rezerwowałem przez booking – opowiada Cezary. – jestem pewny, ze wszystko jest ok, dopilnowałem wszystkiego. Podałem numer karty i inne potrzebne informacje, oprócz jednej. Ważności karty, pamiętałem rok, ale miesiąc podałem już przypadkowy. Okazało się, ze nie przeszło, a booking wysłał maila z prośba o aktualizację. Maila, którego odczytałem dopiero przy recepcji. – Czarka do dziś nie opuszcza zdziwienie na wspomnienie tamtej sytuacji.

Co robią? Ciemna i głucha noc a oni bez noclegu. A zatem camping, tyle, ze tam nie przyjmują z namiotami, a więc inny hotel. W końcu udaje się, nocują i Grecja jest ich, niewielka wyspa, pusto, tylko skałki i męska wyprawa.

Gdziekolwiek by się nie pojawili coś na nich czeka. Tak jak chociażby podczas podejścia pod Morskie Oko, do miejsca, w którym mieli spać. W międzyczasie zostają ostrzeżeni przez pracownika o możliwości spotkania niedźwiedzia. Coś było na rzeczy, bo ktoś im na trasie towarzyszył, ale tym razem na szczęście to nie były misie, a trzy pary świecących w ciemnościach oczu należały do jeleni.

– I dobrze, że to nie niedźwiedzie, bo kończy nam się już repertuar – Ania mówi, że wyśpiewała z Fryderykiem już chyba wszystkie piosenki.

Niedźwiedzia za to chłopcy (Cezary i Fryderyk) spotkali w Bieszczadach, potem zresztą rozbili się jakieś półtora kilometra od tego miejsca, a Cezary przekonuje i ja mu wierzę, w końcu żyje i ma się dobrze, że nie było żadnego niebezpieczeństwa. To na pewno był wyjazd pełen atrakcji, tak jak ten, podczas którego razem z Anią rozbijają się niedaleko rykowiska jeleni. Rogaci panowie wyją całą noc, a Ania umiera ze strachu.

Koniec? Ależ gdzie tam.

– To były góry, tym razem wypad z kolegami. Na siłę zjedliśmy ostatnie kabanosy, żeby nie kusić losu, a folię po nich schowaliśmy pod kamieniem kilkaset metrów dalej (potem ją zabrali, żeby nikt niczego nie zarzucił) i poszliśmy spać. Leżymy sobie w śpiworach, a tu nagle słychać, że coś chodzi wokół namiotu i strasznie mlaszcze. Wierz mi, nie było odważnego, który by zechciał sprawdzić co to chodzi. W końcu pomlaskało, pomlaskało i poszło. – Czarek się śmieje i dodaje, że to najprawdopodobniej były kozice, ale właściwie to pewnym być nie może.

Niedźwiedzie, kozice, jelenie, ale nie tylko przecież z takimi zwierzętami Cezary ma do czynienia. Były i zdecydowanie mniejsze, ale niemniej groźne. Wietnam, Czarek nabiera ochoty na kokosa prosto z palmy. Wdrapuje się zatem zwinnie (zupełnie się nie dziwimy) i maczetą próbuje go strącić, i zamiast kokosa strąca na siebie mrowie mrówek, które pchają się do ust i oczu, a nasz bohater schodzi z palmy szybciej niż na nią wchodził raniąc nogi. W tym samym Wietnamie również coś chodzi wokół ich namiotu, ale to na szczęście psy, którym prawdopodobnie przypadł do gustu, gdyż z zapałem go obsikiwały. Tu również zdobywają tunele Cu Chi – sieć podziemnych przejść pełnych zakrętów. To tu Ania, po wykruszeniu się innych osób, zostaje na czele 30 -osobowej grupy i nie ma jak się wycofać, bo z jednej strony pogania ją wietnamski przewodnik, a z drugiej mąż, który wieży w nią jak w siebie samego. I nie pomaga nawet jaszczurka ogromna i gruba niczym wąż. Mówiliśmy, ze taki mąż to skarb, prawda?

Ich życie to wielka przygoda podlana pasją i ciekawością świata. Paryż i najtańszy nocleg w historii hotelarstwa, bo pod wieżą Eiffla, Jim Morrison i wspólny śpiew przy miejscu jego spoczynku, Rzym i najstarsza droga Europy czyli via Appia Antica, którą przeszli z lotniska do jednego z najpiękniejszych miast świata i Izrael. tym razem jednak nie pustynia, a prozaiczny powrót. Idealna historia na zakończenie.

– Przed wyjazdem do Izraela kupiłam w sklepie z tanią odzieżą chusty arafatki. Oczywiście Czarek gdzieś swoją zgubił, dałam mu więc swoją. Podczas kontroli na lotnisku, a jak wiemy Izrael ma jedne z najostrzejszych procedur bezpieczeństwa, Czarkowi prześwietlono plecak i znaleziono chustę i natychmiast zabrano go do kontroli osobistej. Nikt nie wierzył, ze chusta została zakupiona turystycznie, natomiast uświadomiono nas, że każdy symbol na chuście ma określone znaczenie. Długo to trwało i do końca nie byliśmy pewni, czy Czarek w ogóle wyjedzie z Izraela. Trzy minuty przez zamknięciem bramek udało nam się w końcu dostać do samolotu – opowiada Ania i dodaje, ze niewiedza może drogo kosztować.

Ich marzenia to plany z odroczonym terminem realizacji. A zatem Amazonia, tym razem jednak Cezary Misiura zamierza z plecakiem i namiotem iść wzdłuż Amazonki, nie będzie więc podróż rodzinna. Przynajmniej na razie. Nic straconego jednak, bo w planach ma również pokazanie Fryderykowi południowo azjatyckiej dżungli, chce wspólnie z synem zapolować na zorzę, zabrać go na Islandię i zanocować na wulkanie. Gdziekolwiek by nie chcieli dotrzeć, my wierzymy, że to zrealizują i tego im życzymy. Z nadzieją na spotkanie na drugim końcu świata i na kawę na rynku w Pińczowie.

(aneta)

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Koronawirus

0
Dodaj komentarzx
()
x